Laponia mostek

Laponia

Laponia mostek

Laponia

12.06.2025 – 25.06.2025

Spis treści:

  1. Wybór trasy
  2. Rower
  3. W drogę!
  4. Trasa w Laponii – pewna jest tylko zmiana
  5. Podsumowanie

Kraków i Kolari – nasz punkt startowy

Wybór trasy

Pomysł na rowerową przygodę w Finlandii, a dokładniej w Laponii pojawił się po zobaczeniu filmu o Arctic Post Road. Idea, aby przejechać na samiutką północ była bardzo kusząca. A po przejechaniu Alpe Adria szukaliśmy kolejnego wyzwania. Strona https://www.bikeland.fi/en/arcticbycycle oferuje bardzo dobry opis różnych tras i jest nieocenionym źródłem wiedzy, więc szybko zabraliśmy się za analizę tematu.

Niestety rzeczywistość szybko to zweryfikowała. Trasa z oczywistych powodów nie jest pętlą, a powrót po własnych śladach wydłuży ją do 700 km, ani na nasze siły ani dostępny czas. Można wrócić samolotem, co jest logistycznym problemem jeśli chodzi o transport rowerów. Prywatne transporty są drogie i mają krótki okres działania. A publiczny transport to łączenie kilku busów, krótko mówiąc koszmar.

Jednak pomysł wyjazdu jak raz się pojawił to już zniknąć nie chciał, więc zaczęliśmy szukać innych tras. Najbardziej logiczny kandydat to Santa’s Western Gravel Loop, około 470 km. Dojazd stosunkowo prosty, pociągiem z Helsinek do Rovaniemi (znanego z pobliskiej wioski Mikołaja).

Wydawałoby się, że już wszystko jasne i ustalone, jednakże gdzieś pozostawał niedosyt. Przecież mieliśmy zrobić tą epicką trasę daleko na północ, a nie kółko dookoła Rovaniemi, nie odwiedzając nawet parku narodowego. Niestety inne trasy nie były już tak relatywnie łatwo dostępne jak Santa’s. Finalnie powstał pomysł na poniższą pętelkę z dojazdem. Pociągiem do Kolari, z Kolari wskakujemy na kawałem trasy Santa’s Western Gravel Loop, aby dostać się do małej (około 270 km) trasy Pallas-Yllastunturi National Park Gravel Loop. Sama nazwa już brzmi dumnie.

Trasa oryginalna

Trasa jest, ale jak teraz dostać się do Finlandii z rowerami?

  • Opcja A – lecimy do Helsinek, jakoś spakujemy te rowery, nauczeni doświadczeniami z powrotu z USA może tym razem przylecą bez uszczerbków? Tutaj zawsze gorzej z powrotem, bo trzeba jeszcze ogarnąć w Helsinkach kartony.
  • Opcja B – jedziemy autem do Tallina i potem promem do Helsinek. W tym przypadku potrzebujemy dużo więcej czasu, ale perspektywa zwiedzenia po drodze trzech krajów (Litwa, Łotwa i Estonia) oraz łatwiejszy transport rowerów wygrywa.

Po ostatnim doświadczeniu z połączeniami kolejowymi z Helsinek do Laponii, gdzie zapłaciliśmy krocie, a spaliśmy na siedząco, decydujemy się kupić bilety na połączenie Helsinki – Kolari dużo wcześniej. Teraz pojedziemy w luksusie, we własnym przedziale, a cena jak ostatnio 😉

Rower

Alpe Adria przejechaliśmy w dość minimalistycznym setupie, korzystając z guesthouse’ów i hoteli. Wtedy spakowaliśmy się do dwóch dużych toreb. Teraz tak łatwo nie będzie. Jak tu upchać namiot, śpiwór, matę, kuchnie? Lista jest długa, same majtki i dezodorant nie wystarczą…

Ciężkie rzeczy do parówki z Deutera, ciepły śpiwór do worka na kierownicę, mata do worka pod siodłem. Namiot i ciuchy na widelec. A cała reszta jakoś poupychana.

Orientacyjna lista pakowania

W Drogę!

Wyprawa bikepackingow’a zawarła się w klamrach zwiedzania krajów bałtyckich. Zwiedziliśmy Rygę na Łotwie, Tallin oraz Parnawę w Estonii oraz Wilno na Litwie. W drodze przesłuchaliśmy podcasty o tych krajach, aby trochę się do-edukować. Nie ukrywam, że nasza wiedza o II RP oraz o historii krajów bałtyckich była prawie nieistniejąca.

Kraje bałtyckie zasługują na osobny wpis.

Faktyczna część rowerowa zaczęła się w Tallinie, auto zostawiliśmy na parkingu (Snabb to przydatna aplikacja do opłacania parkingów) i wyruszyliśmy obładowani na prom do Helsinek. Wjazd na prom z rowerem przebiega tak jak wjazd samochodów. Trzeba uważnie śledzić polecenia ekipy obsługującej załadunek, ponieważ na początku odstawiają wszystkich rowerzystów na bok, a później wskazują kiedy można wjechać na pokład. Rowery zostają w najniższej ładowni.

Helsinki powitały nas piękną pogodą oraz wszechobecnymi remontami. Sprawiało to wrażenie, jakby państwo chciało wykorzystać krótki okres dobrej pogody na wszystkie prace w mieście. Jednak po ciężkich początkach i lawirowaniu pomiędzy zamkniętymi drogami miasto odkryło swoją wspaniała rowerową infrastrukturę. Wydzielone całe drogi rowerowe, sygnalizacja świetlna dla rowerów, po prostu bajka.

20 kilometrów po mieście, zakupy w Lidlu na drogę i jesteśmy gotowi na pociąg. W przedziale dla rowerów kolejny i nie ostatni raz przeklinaliśmy, że zabraliśmy dwa zapięcia typu U-Lock. Po nierównej walce w końcu udało nam się przypiąć rowery i zakwaterowaliśmy się w naszym przedziale. 14 godzin w pociągu minęło zaskakująco szybko, prysznic (troszkę zimny, ale jednak), wygodne łóżka, wszystko super. Kolejnego dnia przywitało nas już Kolari za kołem podbiegunowym, gdzie zaczęliśmy właściwą część naszej rowerowej wycieczki.

Trasa w Laponii – pewna jest tylko zmiana

Trasę i plan modyfikowaliśmy niezliczoną ilość razy, gravelowe realia Laponii szybko zweryfikowały nasz plan.

Jechaliśmy na gravelach, opony chociaż dość cienkie (38 mm) dały wszystkiemu radę. Jednak szuter w Laponii jest bardziej pod MTB i po prostu bardzo wolno to szło. Dlatego po drugim dniu, gdy jechaliśmy podmokłym szlakiem pod MTB (bikeland dokumentuje, że to gravelowa wersja trasy…) zdecydowaliśmy się szukać alternatywnych przejazdów drogami utwardzanymi i asfaltem. Wymagało to żmudnej analizy zdjęć satelitarnych, aby upewnić się, że droga utwardzana wg Komoot’a jest faktycznie utwardzana czy to jednak ścieżka przez las.

Druga sprawa to noclegi i pogoda. W związku z paroma deszczowymi dniami i mocną alergią u Dominiki ograniczyliśmy spanie w namiotach, co również wymagało przeplanowania trasy. Szukanie noclegów bynajmniej proste też nie było. Na booking za dużo nie ma (oprócz kosmicznie drogich opcji), więc pozostało szukanie na Google Maps i pisanie maili do właścicieli. Skorelowanie potencjalnych noclegów z trasą było wyzwaniem samym w sobie.

Finalnie wyszło na plus, dzięki zmianom dojechaliśmy dużo dalej na północ niż planowaliśmy, bo aż do Muonio, skorzystaliśmy z saun i trochę bliżej poznaliśmy lapońską społeczność, co nie było by nam dane śpiąc pod chmurką.

Poniżej cała trasa tak jak wyszła (ach ten 1 kilometr do 400 :D…), a dalej trochę więcej szczegółów o poszczególnych dniach.

Laponia tak jak wyszła

Dzień 1 – Laponia wita szutrem i reniferami

Rozpoczęliśmy niespiesznie z Kolari, dworzec jest na północ od miasta, więc wróciliśmy się na południe, aby zrobić zwiad. Wszystko zamknięte, poza stacją benzynową łączącą jeszcze diner oraz sklep z pamiątkami. A jakie tam były piękne rzeczy i wcale nie takie drogie, sporo rękodzieła wykonanego przez Samów. Otwarte 24h, 7 dni w tygodniu. Wypiliśmy kawę i podjęliśmy decyzję, aby pamiątki kupić gdy wrócimy przecież nie będziemy ze sobą wozić dodatkowych rzeczy. Oj, gdybyśmy wiedzieli, że 7 dni później, w święto równonocy, Kolari zamknie na cztery spusty również tę stację benzynową i wrócimy do domu z pustymi rękami… ale to tydzień później.

Gdzieś w połowie trasy, tuż przed postojem na lunch minęliśmy stadko reniferów, niestety operator kamery się nie popisał i nie ma nagrania.

Po około 40 kilometrach dotarliśmy na miejsce pod namiot (Hannukainen laavu), na miejsce była już fińska rodzina, która jednak szybko zebrała wszystkie manatki i odjechała, natomiast wieczorem dołączyło jeszcze dwóch rowerzystów i jeden motocyklista. Jeden z nich robił trasę Cape – to – Cape (już 3 rok!), drugi tylko z Niemiec na Nordkapp, a motocyklista to lokales.

Co do samego kampingu: jest rzeka, więc można pobrać wodę, ale zejście do niej nie należy do najprostszych. Jest też laavu, czyli kawałek daszku z miejscem na ognisko. I to by było na tyle. Jak nie ma gdzie spać, to miejsce się nada, ale nie bynajmniej w topce miejsc pod namiot.

Dzień 2 – Zakopani w błocie i niekończące się górki

W drugi dzień czekało nas pagórkowate 75 km i nie zdawaliśmy sobie sprawy jak będzie ciężko. Po niezbyt wygodnej nocy i owsiance na śniadanie ruszyliśmy przed siebie, mając w myślach nasz nocleg w mieście Sirkka, gdzie czekała na nas gorąca kąpiel. Szybko o tym zapomnieliśmy gdy trasa poprowadziła nas leśnymi ścieżkami MTB, często zalanymi i pełnych błota. Znowuż w innym miejscach obfitujących w spore kamienie, które byłyby wyzwaniem dla roweru z pełnym zawieszeniem. Jakim cudem nasze opony to wytrzymały to nie wiem, ale zdecydowanie polecam Pathfindery od Specialized. Wystarczy powiedzieć, że 10 km do Akaslompolo jechaliśmy, a czasem i pchaliśmy prawie 2 godziny. Szczęśliwie dotarliśmy do miasteczka z gigantycznym reniferem, gdzie ogarnęliśmy się w toalecie i zrobiliśmy zapasy jedzenia.

Pro tip – jeśli ktoś jechałby z Hannukainen laavu do Akaslompolo – wybierzcie drogę asfaltową, to co bikeland opisuje jako szuter potrzebuje jeszcze około 10’000 lat, aby stać się szutrem.

Potem czekał nasz już asfalt i całkiem dobry szuter aż do około 20 km przed metą, gdzie Finlandia ponownie zaserwowała nam szlaki MTB. Dzień drugi prowadził przez Park Pallas, przecięliśmy go z zachodu na wschód, wjeżdżając na niezliczoną ilość podjazdów. Pięknie, ale jeszcze piękniej byłoby bez całego ekwipunku 🙂 Koniec to ponowna walka ze szlakami MTB, już nie tak tragicznymi jak na początku, ale zmęczenie dawało o sobie znaki. Nie ma dobrej alternatywy drogą, więc tutaj nie modyfikowałbym już trasy.

Profil trasy drugiego dnia

Po morderczym wysiłku dotarliśmy do naszej mikrokawalerki w Sirkka, gdzie w łazience czekała na nas sauna! Oprócz tego w bloku była też pralnia z suszarką, więc odświeżyliśmy swoją garderobę i byliśmy gotowi na kolejny dzień.

Dzień 3 – Ucieczka przed deszczem na daleką północ

Cofnijmy się jeszcze do wieczora poprzedniego dnia, wyciągnęliśmy lekcje z doświadczenia leśnych ścieżek, do tego prognoza pogody zapowiadała deszcze, więc wywróciliśmy nasz plan do góry nogami. Planując na początku całą trasę założyliśmy 2 dni pod namiotem nad Jeziorem Pallasjarvi. Był to też bufor w razie w. Jak się okazało była to dobra decyzja i przyszedł czas bufor wykorzystać. Znaleźliśmy nocleg za 60 euro (Reindeer Farm Accommodation Autto Ky) w chatce nad Raattamą, wioski na północy pośrodku niczego do której mogliśmy dojechać utwardzanymi drogami (asfalt szybko się skończył…).

Wyruszyliśmy rano, ponieważ na południe zapowiadali deszcz i ruszyliśmy na północ. Deszcz prawie nas ominął, ale dzień był zimny, wilgotny i pochmurny, więc za dużo widoków nie było. Pogoda ściągnęła też masę komarów, więc na postojach w ruch poszły nasze moskitierki.

Po niecałych 60 km dotarliśmy na miejsce, wioska Raattama, wg Wikipedii, ma około 120 mieszkańców, w centrum znajduje się stacja benzynowa, poczta i sklep, oczywiście to jeden biznes 🙂 Jak w Finlandii, w chatce była też sauna, którą oczywiście odpaliliśmy. Przydała się też do wysuszenia ubrań…

Z ciekawostek, właścicielka chciała udostępnić nam pościel za 48 euro, czyli prawie tyle co noc w domku. Skończyło się więc na spaniu w śpiworach.

Dzień 4 – Pallasjärvi wita

Po 3 dniach na rowerze, przyzwyczailiśmy się już do ciężaru, pogody, szutrów i jedzie się całkiem fajnie. A może to piękna pogoda, zbliżające się góry i poczucie, że mamy to jakoś ogarnięte? Pewnie wszystko po trochu 🙂 W 4 dzień skierowaliśmy się na południe, mijaliśmy mokradła i jechaliśmy do celu, czyli do Jeziora Pallasjärvi i chatki Punainenhiekka, gdzie planowaliśmy rozbić namiot.

Dojazd do jeziora to tylko 22 km, ale plan był bardziej ambitny. Prawdziwy cel to Visitors Center w parku narodowym Pallas-Yllästunturi. Czekał tam na nas srogi podjazd, więc rozbiliśmy namiot, zostawiliśmy część rzeczy i na lekko ruszyliśmy dalej.

Profil na czwarty dzień, oczywiste gdzie jest docelowy pkt w parku…

Po serii ciężkich podjazdów dotarliśmy do Hotelu Pallas, obok którego powinien znajdować się Visitors Center (punk informacji turystycznej?), grunt, że w takich miejscach zawsze mają jakieś fajne pamiątki. Niestety zastaliśmy tylko plac budowy obok parkingu, w hotelu dowiedzieliśmy się, że stary zburzyli i budują nowy… Cóż, kawka i gorąca czekolada w hotelu, który jest swego rodzaju schroniskiem, po czym udaliśmy się na krotki spacer po okolicznych pagórkach. Sporo zdjęć reniferów i piękny zjazd. Już nad jeziorem zjedliśmy na kolację liofilizat (których woziliśmy chyba z 7, a zużyliśmy finalnie 1), a w międzyczasie Finowie kąpali się w mroźnej wodzie.

Pro tip – przy Jeziorze Pallasjärvi znajduje się chatka Punainenhiekka, jednak nie jest przeznaczona do spania tylko do użytku w dzień. Wciąż jest to fajne schronienie w razie niepogody.

Dzień 4-ty zdecydowanie na plus, trasa przyjemna, sporo asfaltu, a ruch samochodowy mały. Zdecydowanie ten dzień to był to najlepszy punkt programu.

Dzień 5 – Deszcz

Piątego dnia wyjechaliśmy z parku do Muonio, miasteczka blisko szwedzkiej granicy, gdzie mieliśmy zaplanowany nocleg w prostej chatce na kampingu. Niestety w nocy i rano padało, więc cały namiot był mokry. Spakowaliśmy wszystko w małym okienku pogodowym. Deszcz jednak nie odszedł na dobre, złapał nas na trasie i przemoczył doszczętnie. Ze względu na pogodę zdecydowaliśmy się pojechać główną drogą zamiast leśnym ścieżkami. W pamięci mieliśmy też drogę do Akaslompolo. W połączeniu z mocnymi opadami, te leśne ścieżki mogły być doszczętnie zalane. Ruch samochodowy na drogach był spory, na szczęśnie Finowie zachowywali sensowne odległości. Wciąż, duża część trasy do Muonio do przyjemnych nie należała.

Nocleg na kampingu i wieczorna poprawa pogody pozwoliła na wysuszenie namiotu i umycie rowerów, które zaczynały już nieprzyjemnie piszczeć.

Dzień 6 – Wycieczka za granicę

Po deszczowej trasie do Muonio do Laponii wróciło słońce, ale temperatury rano oscylowały w okolicach tylko 6 stopni. Ponieważ w planach mieliśmy prawie 90 km, to w grę wchodziły tylko krótkie spodenki, ponieważ mają lepszą wkladkę, w efekcie trzeba było szybko pedałować 🙂 Oryginalną trasę na ten dzień zmodyfikowaliśmy prawie całkowicie, zamiast jechać na wschód od ekpresówki, zdecydowaliśmy się na szutrową drogę przy granicy ze Szwecją i kawałem eksresową, ponieważ nocleg znaleźliśmy właśnie przy niej. Nocleg w Lapland Old School w pełni polecamy, jest przystępny cenowo, z pięknym jeziorem obok i super gospodarzami.

Na pierwszy ogień poszedł detour do Szwecji i klimatycznego sklepiku w Muodoslompolo gdzie można się napić darmowej kawy. Prosta, pusta droga, kilometry znikały w mgnieniu oka. Centrum miasteczka jak zwykle zajmował sklep, mają tam nawet małą tyrolkę przy parkingu. Czerwonego fińskie domki zostały zastąpione żółtymi szwedzkimi, ale wiało tak samo mocno z północy jak w Finlandii 😉

30 kilometrów i 2 godziny później byliśmy z powrotem w Finlandii, gdzie czekało na nas kolejne 20 kilometrów drogą ekspresową. U nas to raz nie do pomyślenia, a dwa nielegalne, aby taką drogą jechać rowerem, ale w Laponii innej drogi po prostu nie ma, więc wygląda to trochę inaczej. Ruch był znikomy, pomimo bardzo wąskiego pobocza nie było niebezpiecznych sytuacji i sprawnie przejechaliśmy ten odcinek, aby trafić na około 25 km szutrów, które były pierwszą realną opcją opuszczenia drogi ekspresowej. Na koniec kolejne 10 km tą samą ekspresową co wcześniej i dojechaliśmy do naszego noclegu. Trasa czasami była trochę monotonna, ale kilometry mijały szybko, słońce świeciło, więc mogliśmy po prostu czerpać przyjemność z jazdy.

Lapland Old School oferuje nocleg przez cały rok i ofertuje również zimowe atrakcje. Znajduje się relatywnie blisko Kolari, do którego można dojechać pociągiem, a jednocześnie zdala od większych miast, więc jest potencjalnie bardzo dobrym miejscem na obserwowanie zorzy.

Dzień 7 – Ostatnia prosta

W ostatni dzień mieliśmy 2 opcje trasy:

  • Powrót przez szutry i lasy do oryginalnej trasy, na po potrzebowalibyśmy około 70 km.
  • Około 35 km prostą drogą (w tym 20 km naszą ekspresówka z poprzedniego dnia) do Kolari.

Czasu mieliśmy dużo, ponieważ pociąg odjeżdżał dopiero po 19:00, ale wygrało zmęczenie i chęć zamknięcia wyprawy. Przerażała mnie też możliwość awarii pośrodku niczego i spóźnienia się na pociąg, tutaj na prawdę rzadko kogoś spotykaliśmy.

Wybraliśmy więc krótszą wersje, w głowach mając sklep z pamiątkami i burgery. Jak już wcześniej pisaliśmy, zastaliśmy Kolari zamknięte na cztery spusty, nici z pamiątek, na szczęście burgerowania była otwarta, jako jedyna knajpka w całej okolicy. Poszwendaliśmy się po Kolari, odwiedziliśmy dwa supermarkety, zjedliśmy obiad i cierpliwie poczekaliśmy na nasz pociąg 🙂

Podsumowanie

Piękna to była wyprawa, a czy coś mogliśmy zrobić lepiej? Jasne, parę przemyśleń mamy. Czy byłoby to konieczne? Właściwie nie, bawiliśmy się dobrze, napotkane problemy rozwiązywaliśmy na bieżąco i sporo się nauczyliśmy.

Jednak dla porządku, to co można było zmienić to lub inaczej zaplanować:

  • Opony z większym bieżnikiem – zdecydowanie poprawiłyby komfort i prędkość na trudniejszym terenie.
  • Dokładniej okleić rower taśmą ochronna – tego błędu już nie popełnię, niestety rowery trochę dostały w kość na nieubezpieczonych miejscach styku toreb i ramy, Helicopter tape, to trzeba kupić.
  • Mniej liofilizatów – wzięliśmy za dużo, zjedliśmy jednego.
  • Zabrać aparat fotograficzny – jest ciężki, ale żałowaliśmy, że został w domu.
  • Rękawiczki z palcami – nasze dłonie w rękawiczkach kolarskich dostały mocno w kość gdy jechaliśmy do Szwecji.


KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

NAJNOWSZE WPISY