Everest Trek: Himalaje w strugach deszczu

Everest Trek: Himalaje w strugach deszczu

27.10.2025 – 1.11.2025

Spis Treści:

  1. Nepalska przygoda – czas start!
  2. Dzień 1: Kathmandu 1350 m -> Lukla 2860 m -> Phakding 2610 m
  3. Dzień 2: Phakding 2610 m -> Namche Bazar 3440 m
  4. Dzień 3 i 4: Namche Bazar 3440 m -> Khumjung 3790 m

Nepalska przygoda – czas start!

W Kathmandu wylądowaliśmy w nocy i po obowiązkach wizowych oraz odebraniu bagażu pojechaliśmy do naszego hotelu w dzielnicy Thamel, gdzie zatrzymuje się zdecydowana większość turystów. Jako, że było już późno, zostawiliśmy tylko rzeczy w pokoju skoczyliśmy do najbliższej czystej i otwartej restauracji. Po długim dniu w podróży pierożki momo (przypominającego gyozę) oraz piwo weszły znakomicie. Po podłodze restauracji biegała mała myszka, a my próbowaliśmy przestawić nasze głowy na całkiem odmienny świat. Kolejnego dnia mieliśmy sporo do załatwienia, ale na razie cieszyliśmy się ze zmiany kultury.

Dzielnica Thamel w Kathmandu to istny labirynt wąskich uliczek obrośniętych najróżniejszych biznesami:

  • Sklepami z górskimi ciuchami i sprzętem, w zdecydowanej większości podrabianym i różnej jakości wykonania
  • Pralniami, o wątpliwej reputacji, za to niskiej cenie (2.5 złotego za kilo…)
  • Kantorami na każdym rogu
  • Ogromną liczbą restauracji, kawiarni i barów (w tym nawet czeskim!)
  • A także zaskakująco małą liczbą sklepów spożywczych.

Przed trekkingiem zrobiliśmy szybki oblot okolicy, zakupiliśmy raczki, dodatkowe tabletki do oczyszczania wody i na chorobę wysokościową. Spróbowaliśmy ponownie pierożków momo (tym razem zdecydowanie dużo lepszych) i spakowaliśmy plecaki na trekking, po kilka razy zmieniając różne szczegóły. Na zwiedzanie Kathmandu przyjdzie czas po powrocie, a przynajmniej taką mieliśmy nadzieję. Podczas spotkania zapoznawczego, szef agencji ostrzegł nas, że będą spore problemy z wylotem, ponieważ dzień wcześniej przyszło załamanie pogody – monsun z Bangladeszu, anomalia o tej porze roku. Zapowiadało się ciekawie.

Dzień 1: Kathmandu 1350 m -> Lukla 2860 m -> Phakding 2610 m

Chociaż wcale się na to nie zapowiadało, to jednak 29 listopada rozpoczęliśmy nasz pierwszy dzień trekkingu. Zanim do tego doszło to przeżyliśmy wiele godzin pełnych frustracji oraz totalnej bezsilności. Ale do rzeczy.

O 6:30 byliśmy już na lotnisku, na które pojechaliśmy taksówką z naszym przewodnikiem Ganeshem, od którego czuć było mocny melanż z poprzedniej nocy –  zaczynało się ciekawie. Nasz lot miał być w teorii o 7:00, a w praktyce na karcie pokładowej wbito nam 7:30 ponieważ czekały też osoby z poprzedniego dnia, które nie poleciały w związku ze złą pogodą. Tak to tutaj działa, lotnisko w Lukla jest notorycznie zamykane przez chmury ograniczające widoczność pasa, o czym sami mieliśmy się wkrótce dobitnie przekonać. Około 8:00 udało nam się wsiąść do busa, aby 30 minut później wejść do malutkiego samolotu. Pilot odpalił silniki, po czym je zgasił i wróciliśmy na lotnisko. Lukla została zamknięta. Tak jak większość pasażerów oglądaliśmy obraz z kamerki na żywo pokazujący pas startowy w Lukli i próbowaliśmy odgadnąć czy lotnisko zostanie ponownie otwarte. Dość szybko, bo po niecałych 10 minutach ponownie zapakowali nas do autobusu i podwieźli pod samolot, ale tym razem nawet nie weszliśmy na pokład. Autobus znowu odwiózł nas na lotnisko. Po tej próbie nastąpiło dłuższe czekanie.

Rozważaliśmy inne opcje – helikopter, za który trzeba było słono dopłacić (około 400 USD za osobę) albo 2-dniową podróż jeepem, po 10 godzin każdego dnia. Nagle, bez ostrzeżenia, samoloty znowu zaczęły startować, wiec ponownie autobus, pokład i ruszyliśmy! Szczęście nie trwało długo, pilot po chwili zawrócił – nie dostał pozwolenia na start. Tym razem oprócz pasażerów, wyładowano również bagaże. Zapakowano je na małą przyczepkę, która jest dopinana do busa z pasażerami. To nie był dobry znak, zwłaszcza, że zegar wskazywał już po 12:00, więc nasze nadzieję na wylot praktycznie umarły. Został helikopter, który jak się okazało również nie mógł startować. W takim razie jeep, 2-dniowa mordęga, która totalnie namiesza w planach trekkingu. Był tylko jeden problem, nie mogliśmy zlokalizować naszych bagaży. Przewodnik latał po całym lotnisku w poszukiwaniu plecaków. Po pewnym czasie wrócił cały spocony. Nasz samolot jednak poleciał, a razem z nimi nasze plecaki. W całym zamieszaniu i nieudolności Ganesha (na pewno podbitej mocnym kacem) straciliśmy nasz lot i plecaki. Zaczęły się negocjacje po nepalsku i jak się później dowiedzieliśmy, przewodnik zrobił małą burzę i zamiast sprowadzać nasze plecaki z powrotem do Kathmandu, linia lotnicza ogarnęła jeszcze jeden samolot którym mogliśmy polecieć. Kolejna godzina stresu oraz oglądania kamery z Lukli i w końcu udało się wylecieć. Do końca nie byliśmy pewni czy czasem nie zawrócimy przed próbą lądowania, bo zaczynało się chmurzyć. Szczęśliwie tym razem samolot doleciał do celu. Pas startowy w Lukli jest bardzo krótki i wznosi się pod górkę, aby ułatwić start, ale w całym tym zamieszaniu zapomnieliśmy, że samo lądowanie też jest dość niebezpieczne.

Stres nas opuścił, jak na miejscu znaleźliśmy nasze plecaki pozostawione w kącie. W między czasie niebo w Lukli zaszło całkiem chmurami – żaden samolot już nie mógł przylecieć. Po szybkim obiedzie w pobliskiej restauracji wyruszyliśmy do Phakding, gdzie mieliśmy nocować. Było już po 15:00, a trasa zajmuje 3-4 godziny, więc było pewne, że dojdziemy po zmroku. Przewodnik narzucił mocne tempo i uwinęliśmy się w niecałe 3 godziny, ale dało nam to trochę w kość. Ciągły deszcz nie pomagał. Po zameldowaniu się w domku wykosztowaliśmy się na ciepły prysznic (400 rupii) i po kolacji udaliśmy się na odpoczynek. Kolejne dni nie zapowiadały się optymistycznie. Bardzo deszczowo, a powyżej 4 tysięcy sporo śniegu. Szanse, że uda nam się przejść wysokie przełęcze nie wyglądały obiecująco.

Dzień 2: Phakding 2610 m -> Namche Bazar 3440 m

Dzień drugi – deszcz, okropna ilość deszczu. Do pokonania mieliśmy 10 km i 1000 m w górę, więc nie tak źle, ale plecaki dawały w kość. Po drodze wiszące mosty nad przepaściami i mroczny, mglisty krajobraz. Na jednej z przerw nepalska dziewczynka wydębiła od Domi kawałek batonika.

Finalnie trasa zajęła nam trochę ponad 4 godziny, więc wykręciliśmy całkiem dobry czas, natomiast okupiliśmy tą trasę przemoczonymi butami. W pokoju było tak zimno i wilgotno, że nasze mokre ciuchy aż parowały. Wiedzieliśmy, że buty na pewno nie zdołają wyschnąć, a kolejny dzień zapowiadał 40 mm deszczu. Na szczęście, jako że trzeci dzień miał być naszym dniem odpoczynku, to trasa szacowana była na 2 godziny. A czwartego dnia zapowiadali koniec deszczu! Namche to bardzo klimatyczna wioska, w pobliżu której znajduje się Memoriał Polskich Himalaistów, ale w związku z mocnym, ciągłym deszczem musieliśmy zrezygnować z eksploracji. Namche znajduje się też na trasie powrotnej, więc planowaliśmy wszystko nadrobić za około 2 tygodnie.

Dzień 3 i 4: Namche Bazar 3440 m -> Khumjung 3790 m

Na trzeci dzień zaplanowany był odpoczynek, wiec trasa tylko 2 godziny, 400 m przewyższenia. Po drodze pierwsze widoki na Everest, oczywiście gdy jest ładna pogoda – u nas mleko. Jedyny plus, że padać zaczęło dopiero w połowie trasy, więc nie zlało nas tak mocno.

W wiosce Khumjung znajduje się Buddyjski Klasztor, a w nim artefakt w postaci czaszki Yeti! Oczywiście poszliśmy go zobaczyć, jako że mieliśmy mnóstwo czasu. Czaszka faktycznie jest, ale jej oryginalność może budzić wątpliwości. W drodze powrotnej zlało nas totalnie, więc resztę dnia spędziliśmy na suszeniu. Na szczęście udało się też przeprać bieliznę i przy kominku wszystko doschło. Nasz przewodnik przekazał nam wiadomość, że nepalski rząd zabronił wychodzenia wyżej kolejnego dnia w związku z monsunem, który nawiasem mówiąc jest sporą anomalią o tej porze roku. Usiedliśmy wspólnie i przeplanowaliśmy naszą wyprawę. W Khumjung zostaniemy dodatkową noc, aby przeczekać deszcz, a z pierwszej przełęczy zdecydowaliśmy się zrezygnować, ponieważ była nie do przejścia w tych warunkach. Od 2 listopada warunki miały się polepszyć, więc Base Camp oraz 2 wysokie przełęcze powinno udać się zrobić. Zabunkrowaliśmy się w Khumjung, zabraliśmy za czytanie książek i czekaliśmy na słońce.

Pro tip: planując dłuższy trekking, a zwłaszcza w Himalajach wręcz obowiązkowe jest zaplanowanie dodatkowych, zapasowych dni, które pozwolą nam dopasować plan na wypadek niepogody czy innych nieprzewidzianych wypadków.


KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

NAJNOWSZE WPISY