Khumbu

Everest Trek: Najważniejszy punkt programu

Khumbu

Everest Trek: Najważniejszy punkt programu

5.11.2025 – 7.11.2025

Spis Treści:

  1. Dzień 8: Dingboche 4410 m -> Lobuche 4910 m
  2. Dzień 9: Lobuche 4910 m -> Gorakshep 5171 m oraz EBC 5364 m
  3. Dzień 10: Kala Patthar 5545 m oraz Gorakshep 5171 m -> Dzhongla 4830 m

Dzień 8: Dingboche 4410 m -> Lobuche 4910 m

Droga do Lobuche nie była bardzo trudna, ale wysokość jak zawsze robiła swoje. Dzień wcześniej sapaliśmy, aby wejść na 5000 z lekkim plecakiem, a tego dnia musieliśmy dojść niewiele niżej i spędzić tam noc. Szło całkiem dobrze, więc cieszył nas fakt coraz lepszej aklimatyzacji. Po drodze zobaczyliśmy jak budują nowy most nad rzeką Lobuche do wioski Thukla – na ten moment rozpięte były tylko stalowe liny, więc my musieliśmy zejść niżej do rzeki i ponownie wspiąć się nad nią. W końcu poczuliśmy się też jak w górach, a nie na ścieżkach między wioskami. Otaczały nas piękne, ośnieżone szczyty. Plecaki trochę doskwierały, ale widoki rekompensowały trudy. Po drodze spotkaliśmy też kilka grup Polaków, z którymi miło było porozmawiać. Okazuje się, że nie tylko my mamy problemy z przewodnikami, chociaż chyba tylko nasz jest tak leniwy i demotywujący 🙂

Na przełęczy Thok La, o wysokości około 4830 m i już całkiem blisko Lobuche znajduje się duży memoriał himalaistów, którzy zostali w tych górach na zawsze. Można znaleźć m.in. kurhany upamiętniające Scotta Fishera czy Roba Halla. Zapadło nam też w pamięć motto na memoriale Dona Chasha:

If your goals don’t scare you, they aren’t big enough!
Jeśli twoje cele cię nie przerażają, to znaczy, że nie są wystarczająco duże!

Z przełęczy rozciągał się też wspaniały widok na pokonaną tego dnia trasę i oczywiście Ama Dablam.

W lodge w Lobuche warunki były już dość trudne, ale w końcu byliśmy na prawie 5 tysiącach! Z ciekawych rzeczy i nie rozumiemy dlaczego w innych miejscach niedostępnych, w restauracji można było zakupić miskę ciepłej wody do mycia. Proste, tanie i jakże przydatne rozwiązanie. Kolejnego dnia czekało nas podejście do Base Camp, którego o tej porze roku nie ma, za to można zobaczyć język lodowca i sławny Icefall Khumbu. Pogoda zapowiadała się wciąż dobrze, więc liczyliśmy na spektakularne widoki!

Dzień 9: Lobuche 4910 m -> Gorakshep 5171 m oraz EBC 5364 m

Noc w Lobuche była mroźna, a rano całe szyby były pokryte lodem. W tych małych pokoikach to nawet nie zimno jest najgorsze, a wilgoć. Przez nią niska temperatura jest jeszcze bardziej odczuwalna, a ciuchy, buty, ręcznik nawet jak wcześniej były suche to rano są mokre i zimne. Sam śpiwór wręcz namaka od wilgoci i naszych oddechów. Dlatego z częścią ciuchów śpimy w śpiworach. Oprócz tego do śpiwora ląduje spora butelka wody, żeby rano nie była lodowata, a także cała elektronika, inaczej baterie by się wyładowały.

Po wczesnym śniadaniu ruszyliśmy do Gorakshep gdzie zameldowaliśmy się chwilę po 10:00, aby zjeść bardzo wczesny lunch i udać się na Everest Base Camp, czyli EBC. W Gorakshep nie da się rezerwować noclegu, więc lepiej być wcześniej. Ganesh nastraszył nas srogo, więc ruszyliśmy wcześnie z mocnym tempem. Miejsca było sporo, więc nie potrzebnie się stresowaliśmy. Poprzedniego wieczora nasz przewodnik opisał trasę z Lobuche do Gorakshep jako ekstremalnie niebezpieczną, ale też plątał mu się język od alkoholu. W praktyce trudności były mniejsze niż Dolina Pięciu Stawów Polskich w zimie.

Po zostawieniu większości bagażu i zabraniu tylko niezbędnych rzeczy ruszyliśmy w stronę Base Camp. Po drodze widzieliśmy kilka razy schodzące w oddali małe lawinki z Nuptse. Trasa do EBC wiodła wzdłuż Lodowca Khumbu, aby pod koniec go przeciąć. Minęliśmy też parę potencjalnie niebezpiecznych miejsc, gdzie mogą spadać luźne kamienie uwolnione z lodu pod wpływem ciepła. Te fragmenty należało w miarę szybko przejść, a trzeba pamiętać, że na ponad 5000 m nasza sprawność fizyczna daleko odbiega od tej z nizin, nawet mając dobrą aklimatyzację.

Sam Lodowiec Khumbu powala i robi ogromne wrażenie. Długie pole lodu ciągnie się kilometrami. Z EBC widać również niebezpieczny Icefall Khumbu, czyli część lodowca którą trzeba przejść z Base Camp do Camp 1 wspinając się na Everest. Bardzo chcieliśmy to zobaczyć i zdecydowanie nas nie zawiodło. Po obozie w listopadzie nie ma ani śladu, poza napisem na sławnym kamieniu, więc mogliśmy podziwiać czyste (nie licząc paru śmieci) piękno natury. Everest z obozu jest ledwo widoczny, na lepszą perspektywę będziemy musieli poczekać. Zrobiliśmy sporo zdjęć, oczywiście też na sławnym kamieniu i ruszyliśmy w drogę powrotną do Gorakshep.

Wracając głowa zaczęła mi pękać z bólu, a słońce świeciło tak mocno ze nawet przez okulary lodowcowe raziło oczy. Ten dzień nie był ciężki, ale wysokość i słaby sen zaczynały doskwierać. Po dotarciu do lodge i Nurofenie zweryfikowaliśmy dokładniej warunki naszego lokum. Krótko mówiąc, były spartańskie, brak wody, a w efekcie brak nawet umywalki, żeby umyć zęby, więc pastę trzeba wypluć do kibelka. Nie jest to przyjemne doświadczenie przy tej czystości toalet… Pocieszaliśmy się, że to tylko jedna noc i jakoś damy radę. W ruch znowu weszły chusteczki do mycia i rękawice z mydłem. Spać udaliśmy się wcześnie – kolejnego dnia czekała nas pobudka przed 4, aby wejść na Kala Patthar, z którego można zobaczyć najwyższą górę świata o świcie słońca.

Pro tip 1: w Gorakshep nie można dostać darmowej wody, więc warto przytaszczyć ją z Lobuche. Na miejscu litrowa butelka kosztowała około 12 zł. Można też przejść się kawałek dalej i nalać z kranika przy strumyku o czym dowiedzieliśmy się już po fakcie od innych Polaków.

Pro tip 2: chusteczki dla hospitalizowanych to dobre rozwiązanie na sytuację bez dostępu do prysznica czy nawet umywalki. Wystarczy je lekko zmoczyć, aby się namydliły. Potem wycieramy się ręcznikiem. Co ważne, są bardzo lekkie.

Dzień 10: Kala Patthar 5545 m oraz Gorakshep 5171 m -> Dzhongla 4830 m

10-ty dzień trekkingu zaczęliśmy pobudką o 3:50. O 4:30 byliśmy już zwarci i gotowi, aby ruszyć na Kala Patthar, pobliski szczyt o wysokości 5545 m z którego dobrze widać Everest. Przewodnika nie było. 10 minut później zdecydowaliśmy się ruszyć sami, szły też inne osoby, więc nie było ryzyka się zgubić. Ganesh dołączył do nas bez słowa po około 40 minutach, później twierdząc, że rano spóźnił się tylko 10 minut… Było potwornie zimno w ręce i stopy, reszta ciała w miarę ok, ale mieliśmy na sobie wszystkie warstwy. Podejście na szczyt jest bardzo strome i męczące, zwłaszcza bez śniadania i w mrozie. Po niecałych 2 godzinach wolnego przesuwania się do góry udało nam się dotrzeć na wierzchołek. Satysfakcja z wejścia była równa pięknym widokom. Niestety zdjęcia bardziej oddają nasze zmęczenie i zmarznięcie, niż piękny świt 🙂

Na szczycie spędziliśmy może 15 – 20 minut i skierowaliśmy się do lodge na śniadanie, a o 9:00 wyruszyliśmy do wioski Dzongla, po drodze zatrzymując się w Lobuche na bardzo wczesny obiad (tym razem całkiem dobre spaghetti). Trasa tuż za Lobuche mijała bazę pod szczytem o tej samej nazwie i poprowadzona była pięknym trawersem poniżej 5-tysięcznej grani. Wejście na Lobuche, o wysokości 6119 m często łączone jest w ramach jednej wyprawy z wejściem na Ama Dablam. Widoków z trasy do Dzongli za dużo nie zapamiętałem, ponieważ całą drogę towarzyszyło nam błoto, w które wlepialiśmy non stop oczy. Ogromna ilość śliskiego błota, często tuż przy stromym zboczu wymagała pełnej koncentracji. Niestety takie są realia trekkingu w Nepalu. Dojście do Dzongli bardzo nas wymęczyło, zwłaszcza, że rano „zaliczyliśmy” też Kala Patthar.

Po dotarciu do lodge odkryliśmy, że 80% gości to Koreańczycy, a zdecydowana większość, podobnie jak my, wybierała się kolejnego dnia na Przełęcz Chola. Po dłuższych negocjacjach z Ganeshem ustaliśmy ze wyjdziemy o 6:00, chociaż forsował 5:00 lub wcześniej. Nie chcieliśmy ruszać tak wcześnie, słusznie obawiając się potwornego zimna. Jak na złość w ten dzień Nepalczycy mieli imprezę – Święto Kwiatów (chociaż na tej wysokości nie uświadczysz ani jednego ;)), więc spanie nie wyszło nam najlepiej. Co gorsza Dominice bardzo spuchła twarz od słońca. Ja natomiast naciągnąłem sobie mięsień w pachwinie na „oczku”… Kolejny dzień nie zapowiadał się dobrze, a Przełęcz Chola malowana była jako trudne wyzwanie.

Pro tip: na tej wysokości nie możemy zapominać o zakrywaniu twarzy buffem i częstym aplikowaniu kremu na usta (przydaje się pomadka UV). My trochę zbagatelizowaliśmy ponowne ciągłe nakładanie kremu i później mocno żałowaliśmy. Natomiast okulary lodowcowe (cat 4 z ochroną po bokach) to must, nie zastąpią je sieciówkowe przeciwsłoneczne szkła.


KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

NAJNOWSZE WPISY