8.11.2025 – 10.11.2025
Spis Treści:
- Dzień 11: Dzhongla 4830 m -> przełęcz Cho La 5375 m -> Tangnag 4700 m
- Dzień 12: Tangnak 4700 m -> Gokyo 4700 m oraz Gokyo Ri 5357 m
- Dzień 13: Gokyo 4700 m -> Dole 4110 m
Dzień 11: Dzhongla 4830 m -> przełęcz Cho la 5375 m -> Tangnag 4700 m
Pobudka o 4:00, śniadanie o 5:00, wyszliśmy o 6:00. Gotowi byliśmy wcześniej, ale przewodnik miał biegunkę… On winił jakość jedzenia, my mieliśmy kontrowersyjną teorię, że powodem jest niemycie rąk.
Rano znowu było bardzo zimno, ale jakoś daliśmy radę. Chociaż słońce już wstało, to ponieważ Dzongla znajduje się w dolince otoczonej zewsząd szczytami, to promienie słoneczne długo tam nie docierają. Na początku do przejścia był dość płaski odcinek, a później ciekawy kominek, który przypominał nasze tatrzańskie podejścia na przełęcze. Zrobiło się ciekawie, więc od razu się ożywiliśmy. Później trasa prowadziła lekko pod górkę po zlodowaciałym terenie (Nepalczycy określali ten odcinek jako niebieski lód), aby na koniec ostro wspiąć się na Przełęcz Cho La, 5375 m. Wysoko, ładnie, chociaż nie widać żadnych znanych ośmiotysięczników. Za to trasa była bardzo ciekawa, a po twardym śniegu szło się przyjemnie.
Z przełęczy droga do Tangnak wiodła stromo w dół, a potem jeszcze przez 2 łagodne przełęcze, które o dziwo dały nam mocniej w kość niż ta pierwsza wyższa. Spowodowane to było zapewne ostrym słońcem, bardzo wysoką temperaturą i coraz to większym głodem. Jak słońce już zaświeci, to potrafi porządnie rozgrzać ten śnieżny krajobraz.
Do wioski dotarliśmy w około 6 i pół godziny mocno zmęczeni i strasznie głodni. 2 tosty o 5 rano i batonik po drodze strawiły się dawno temu. Prysznic za 1000 rupii brzmiał jak okazja nie do przegapienia, a jak prysznic, to i można wyprać bieliznę. W lodge w Tangnag spotykaliśmy dużą grupę Polaków, wybierających się Island Peak i idących w przeciwnym kierunku do nas. Wymieniliśmy się kontaktami i historiami. Po namyśle zdecydowaliśmy się również zrezygnować z trzeciej Przełęczy Renjo na rzecz szczytu Gokyo Ri. Widoki z nich są porównywalne, a dzięki temu będziemy mogli szybciej zejść niżej. Dominika miała mocno spalone usta pomimo mocnego smarowania – słońce tutaj to nie przelewki, potrzebowaliśmy apteki. W dodatku na wysokości 5000 m organizm się nie regeneruje, więc trudno się wyleczyć. Powoli zaczynaliśmy dostrzegać koniec tej wyprawy, chociaż zostało jeszcze 5 dni.
Dzień 12: Tangnak 4700 m -> Gokyo 4700 m oraz Gokyo Ri 5357 m
Po zadziwiająco ciepłej nocy ruszyliśmy rano przez Lodowiec Ngozumba do malowniczego Gokyo. Trasa była bardzo ciekawa, a trawersowanie lodowca to nowe doświadczenie. Po dotarciu do wioski, drugim śniadaniu i zostawieniu większości rzeczy skierowaliśmy się na Gokyo Ri, szczyt o wysokości 5375 m. Droga była żmudna, błotnista i bardzo stroma. W ten dzień ewidentnie brakowało nam sił, a żołądek po paru dniach na 5000 był ściśnięty niczym węzeł. W trochę ponad 2 godziny i więcej niż 500 m w górę dotarliśmy na szczyt, z którego można było zobaczyć aż 4 ośmiotysięczniki: Everest, Lhotse, Makalu i Cho Oyu, a także Jezioro Gokyo i Lodowiec Ngozumba. To chyba najpiękniejszy punkt widokowy na całej trasie i, co najważniejsze, sam Everest widać z niego dużo lepiej niż z Kala Patthar czy EBC. Był to również 3 szczyt o wysokości ponad 5 tysięcy metrów podczas naszego trekkingu, nie licząc samej Przełęczy Chola, która wznosiła się na 5368 m.
Schodząc z 2 innymi grupami turystów i przewodników napotykaliśmy Nepalczyka z naszego hotelu, który prawie leżał ze zmęczenia jakieś 300 metrów od szczytu. Dopadła go choroba wysokościową i jak się później okazało jego saturacja tlenu we krwi wynosiła 47. To bardzo nisko, mózg nie pracuje już normalnie. Ku naszemu totalnemu zdziwieniu żaden z przewodników nie próbował mu pomóc, tylko turyści zainteresowali się losem Nepalczyka. Dominika zrobiła grubą awanturę, aby przewodnicy mu pomogli. Pod jej naciskiem zaczęli go w końcu sprowadzać na dół, inaczej zamierzali go tam zostawić. Przeraziła nas ich obojętność i nieudolność. Drugiego dnia widzieliśmy, że nieszczęśliwiec czuł się już dużo lepiej. Nasz przewodnik malał w oczach i byliśmy nim coraz bardziej poirytowani. Dominika bardzo cierpiała przez spalone usta i nos, więc tym bardziej upewniliśmy się w naszej decyzji, aby zejść do Dole na 4100 m zamiast przez Renjo La do Lungdung na 4400 m. Wrażeń, wyzwań i widoków mieliśmy już w zapasie.
Dzień 13: Gokyo 4700 m -> Dole 4110 m
Trasa do Dole okazała się dużo bardziej interesująca i widokowa niż się spodziewaliśmy. Od wioski Machermo prowadziła głębokim kanionem otoczonym pięcio i sześciotysięcznikami. Śnieg zostawiliśmy za sobą, ale widoki ośnieżonych szczytów długo nam towarzyszyły. Gdy doczołgaliśmy się do wioski Dole, Ganesh zaprowadził nas do hoteliku, który nie wyglądał zbyt obiecująco. Już sam napis, że mają „hygenic food” wzbudzał podejrzenia. Po obejrzeniu pokoju zrobiliśmy awanturę przewodnikowi, że ponownie przegiął i celowo oszczędza na noclegach. Hotel był meliną na poziomie Dingboche. Udaliśmy się więc dalej w poszukiwanie nowego lokum. W nowym hotelu, z czystym pokojem wyposażonym nawet w łazienkę (a jednak, dało się!), wyrzuciliśmy na przewodnika naszą nagromadzoną złość spowodowaną jego kombinatorstwem, brakiem apteczki, a także piciem. Oczywiście w sprawie alkoholu stanowczo zaprzeczył, ale chyba miał nas za idiotów.
W Dole zakończyliśmy naszą przygodę z trekkingiem wysokogórskim i spaniem w okolicach 5000 m npm. Schodziliśmy do normalniejszych wysokości i z każdym metrem w dół czuliśmy się lepiej. Wracał nam apetyt, a temperatura powietrza rosła. Oczami wyobraźni widzieliśmy już metę, porządne jedzenie i piwko.











































Dodaj komentarz