Registan nocą

Uzbekistan

Registan nocą

Uzbekistan

19.03.2025 – 27.03.2025

Spis treści:

  1. Jedwabnym Szlakiem przez Uzbekistan
  2. Dzień 0, 19.03.2025, Polska
  3. Dzień 1, 20.03.2025, Taszkent
  4. Dzień 1, 20.03.2025, Samarkanda 
  5. Dzień 2, 21.03.2025, Samarkanda
  6. Dzień 3, 22.03.2025, Buchara
  7. Dzień 4&5, 23–24.03.2025, Khiva
  8. Dzień 6, 25.03.2025, Karakałpacja
  9. Dzień 7. 26.03.2025. Taszkent
  10. Podsumowanie

Jedwabnym Szlakiem przez Uzbekistan

Do Uzbekistanu wybraliśmy się w terminie 19-27 marca, 2025 roku, aby zobaczyć najbardziej znane miasta jedwabnego szlaku i poznać kulturę tego dość nieoczywistego kraju, który do całkiem niedawna, bo aż do 2016 roku nie był łatwo dostępny dla turystów. W ostatnich latach Uzbekistan mocno otwiera się na turystykę i wciąż jest jeszcze dobry czas, aby go odwiedzić, zanim zostanie zalany falą przyjezdnych.

Dzień 0, 19.03.2025, Polska

Salom!

Wylot LOT-em z Krakowa, 12:00, przesiadka w Warszawie i 16:00 startujemy już do Taszkentu. Przyjemnie leci się normalną linia lotniczą, jeszcze z dostępem do saloniku. Niestety to już ostatki, karta ważna do przyszłego roku i brak rokowań na przedłużenie, więc cieszmy się póki możemy.

Leci z nami troje deportowanych Uzbeków, policja odprowadziła ich do samolotu na płycie Lotniska Chopina w Warszawie zanim reszta pasażerów mogła wsiąść. Ciekawe jaka jest ich historia.

Samolot w połowie pusty, więc rozsiedliśmy się z Dominiką wygodnie na naszej trójce. Jedzenie smaczne, obsługa miła. Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że lądujemy o 2:00 w nocy i na w pół śpiący musimy kupić kartę SIM, wybrać pieniądze z bankomatu i dostać się do hotelu, nie dając się zrobić w balona taksówkarzowi. Ponoć powinniśmy zapłacić około 40k somów, czyli jakieś 12 złotych. Czas pokaże, bo rzadko kiedy wszystko idzie gładko.

Aby zabić czas, słucham podstawowych zwrotów po rosyjsku (marnie to widzę, bo wszystko od razu wylatuje z głowy, jedynie w technologii nasza nadzieja…) i podcastu o Uzbekistanie od Brzmienia Świata. Dominika czyta przewodnik, z przerwami na sen, a może wręcz odwrotnie, w przerwach snu czyta o Uzbekistanie. Proporcje są płynne.

Lecimy! Przygoda nie czeka!

Dzień 1, 20.03.2025, Taszkent

Wczoraj sprawnie, SIM, bagaż, 1.5 miliona somów z bankomatu i taksówką do hotelu. Trzeba było się tylko przebić przez hordę taksówkarzy po wyjściu z lotniska. I tak lepiej niż w Cancun, ich nikt nie przebije. Hotel, kąpiel i do spania, trochę ponad 4 godziny nadrobione.

Jest strasznie gorąco i duszno, słońce pali niemiłosiernie, a dopiero marzec. Zapewne przylot z Polski gdzie temperatura oscylowała w okolicy paru stopni na plusie nie pomaga w aklimatyzacji.

Po marnym śniadaniu ogarniamy się i za niecałe 3 złote! jedziemy taksówką na dworzec. Takie ceny taxi wydają się wręcz niemożliwe, a jednak. W dodatku, zamawiając przez aplikację nie trzeba się targować. A tutaj bez rosyjskiego ani rusz. Musimy się poduczyć na kolejny wyjazd do Azji Centralnej.

Uzbrojeni w lokalny chleb, coca cole i pringlesy (które wróciły z Meksyku i cierpliwie czekały na swój czas) jedziemy pociągiem do Samarkandy. Sąsiedzi obok robią kotarę z prześcieradła. Na około wszyscy się rozkładają w swoich kuszetkach i wyciągają jedzenie. Na szczęście nie przejmują się Ramadanem, więc i my nie będziemy.

Sog’ bo’ling!

Dzień 1, 20.03.2025, Samarkanda 

Wczorajsza podróż nie należała do najprzyjemniejszych, można nawet powiedzieć, że jest w pierwszej piątce najgorszych. Brak wentylacji, duchota, monotonne widoki nie pomagały. 4 godziny trwały wieczność. Na dodatek chleb nie był dobry, więc przypieczętował zły nastrój. Taksówkarz prawie się rozbił z SUVem w drodze do hotelu (po czym dogonił go żeby porządnie zbluzgać). Głównym pozytywem były niesamowicie smaczne szaszłyki na kolację, które zmyły lekkie rozczarowanie po rozgotowanych pierożkach mantas.
Śpimy w centrum starej części miasta, przy zabytkowym meczecie Bibi-Khanym, guesthouse jest całkiem przyjemny, czysto, woda ciepła, więc cóż więcej trzeba. Nadrabiamy trochę snu licząc, że pierwszy dzień wiosny będzie dużo lepszy niż ostatni dzień zimy.

Baranina, kurczak, warzywa

Dzień 2, 21.03.2025, Samarkanda

Pierwszy dzień wiosny — Navroz! Zapowiada się naprawdę gorąco, prawie 30 stopni. Pod względem ilości atrakcji również intensywnie.

Śniadanie i główny aktor, pan Chleb! Świeżutki, chrupiący, pulchny. Na taki chleb czekaliśmy, reszta się nie liczy.

Pod Bibi-Khanym jest impreza dla niepełnosprawnych dzieci, miłe zaskoczenie, ale tam wrócimy później, bo plan na dziś to: Registan, Siyob Bazar, Bibi-Khanym oraz Park Navoi, ponieważ przeczytaliśmy, że odbywają się tam imprezy z okazji Navroz. W praktyce koniec dnia trochę się zmieni.

Registan nie zawodzi, robi wrażenie ogromem, dbałością o szczegóły. 3 medrasy, czyli szkoły Koranu zostaną w pamięci na długo. Jeśli ktoś zastanawia się czy kupić bilet, aby wejść na teren placu, to zdecydowanie warto. Może z zewnątrz widok jest podobny jak z darmowej platformy, ale w środku każdej medrasy jest piękny dziedziniec, a w najnowszej z nich, Tilya-Kori, przepiękna złota-niebieska sala z okładki przewodnika Lonely Planet.

Z Registanu udajemy się na Siyob Bazar – spróbować chałwy, orzechów i soku z granatu. Zaopatrzyliśmy się też w ręcznie malowane czarki do herbaty.

Kolejny jest meczet Bibi-Khanym, swego czasu jeden z największych na świecie, zbudowany w na początku XV wieku, mocno ucierpiał w wyniku trzęsienia ziemi końcem wieku XIX. Teraz pięknie odbudowany, wrażenie robią olbrzymie drzwi wejściowe, wysokie minarety i niebieskie kopuły. Miejscami wciąż trwają prace restauracyjne.

Po krótkiej przerwie idziemy do Parku Navoi, mijamy wielki posag Timura, w poszukiwaniu imprezy z okazji Navroz. W parku nic się nie dzieje, wracamy z pustymi rękoma, nie licząc kawy i prawie litra herbaty na wynos, która przelali nam do dwóch kubków. Dominika znalazła alternatywą atrakcje, mauzoleum Shah-i-Zinda na północy miasta, z którego można zobaczyć zachód słońca nad miastem. YandexGo i za parę złotych jesteśmy pod mauzoleum na czas, bo zachód za 30 minut.

Początki Shah-i-Zinda sięgają XI wieku, jest to bardzo urokliwe miejsce biorąc pod uwagę, że jest nekropolią. Widok turystów robiących sobie zdjęcia przed kryptami trochę nie smaczy, pytanie czy fotogeniczność i potrzeba fotki na Instagram zwyciężyła, czy może nawet się nad tym nie zastanowili? Z jednego z podestów rozciąga się piękny widok na miasto i meczet Bibi-Khanym, na pierwszym planie całkiem nowy cmentarz.

Dzień kończymy w jednej z lepszych restauracji w Samarkandzie, jedzenie bardzo dobre, ale ciągle awarie głośnika i trzeszczącą muzyka przypominają, że to jednak Azja Centralna. Wracając do hotelu załapaliśmy się na pokaz świateł na placu Registan. Całość w połączeniu z muzyka i narracją (nie mamy zielonego pojęcia o czym) była mocno surrealistyczna.

Pakowanie i do spania, kolejny dzień to pociąg do Buchary, mamy tam tylko trochę ponad pół dnia, a atrakcji multum. Niestety pogoda zaczyna się psuć i powoli lecz nieubłaganie goni nas deszcz z którym najpewniej spotkamy się w Khiva.

Dzień 3, 22.03.2025, Buchara

Pociąg pierwsza klasa, wygodnie jak w naszym pendolino tylko miejsca więcej. Dworzec w Bucharze jest dość daleko od miasta, 30 minut drogi taksówką. Właściwie jest w mieście obok.

Sam hotel mamy w starym centrum, taksówka nie dojeżdża do celu, gubi się w małych, wąskich uliczkach, więc resztę idziemy na piechotę. Jest po 10:00, ale dostajemy już pokój, zostawiamy rzeczy i rozpoczynamy zwiedzanie.

Buchara ma dwa oblicza, pierwsze to stare miasto, odrestaurowane, ale widać ząb czasu. Spacerując po mieście można sobie wyobrazić jak wyglądało w XVI wieku. Zaczęliśmy od zachodniej strony, forteca Ark i mury obronne robią wrażenie, dziwnie obłe, pochyłe. Wyznaczają granicę między dużą, ruchliwą ulicą i współczesnością, a starą zabudową i miastem zatrzymanym w czasie.

Rzut kamieniem od Ark, jest wieża Kalon, wznosi się na 47 m, a po obu jej stronach, na przeciw siebie, stoją meczet i medrasa. Na dziedziniec meczetu można wejść, w środku olbrzymia przestrzeń i piękna ceramika. Medrasa jest częściowo zasłonięta rusztowaniami, a szkoda, bo prezentuje się równie zacnie.

Kolejny rzucony kamień i jesteśmy pod medrasą Ulugbeka. Po drodze stragany z produktami z jedwabiu, ceramika, całą rzeszą pamiątek. Są też dywany i po dłuższej naradzie kupujemy dywan, bo jakąś pamiątkę wypada i chcemy przywieźć. Do kompletu poszewka na poduszkę.

W Bucharze wszystko jest blisko (poza dworcem), więc odwiedzamy jeszcze kawiarnię i kierujemy się do hotelu zostawić nowy nabytek. Dzisiaj jest naprawdę ciepło i chodzenie w południe po mieście męczy.

W drugiej połowie dnia zaczyna nam się pokazywać drugie oblicze Buchary — szeroko zakrojone remonty. Wymieniają kostkę brukowa, odnawiają budynki. Prace skupione są dookoła historycznych centrów, ale im dalej się od nich oddalamy tym bardziej się pogłębiają, a my czujemy się jakbyśmy wylądowali na środku placu budowy.

Odwiedzamy jeszcze kompleks Lyabi Hauz z małym stawem, otoczony medrasami.

W Bucharze można zobaczyć figurki bocianów, czasem w gniazdach. Swego czasu było tu dużo małych, sztucznych zbiorników wodnych w których ludzie się kąpali, ale również pobierali wodę do picia. Szerzyły się choroby, ponieważ woda była rzadko wymieniana. Gdy Bucharę zajęli Sowieci, to zlikwidowali większość zbiorników i unowocześnili system wodny. Nieprzewidzianym efektem było zniknięcie bocianów. W zbiornikach żyło bardzo dużo żab, które przyciągały bociany. Po utracie źródła pożywienia, bociany musiały znaleźć inne miejsca i opuściły Bucharę.

Na koniec zwiedzania zostawiliśmy sobie Char Minar, medrasa i kompleks małych uliczek, wysunięty bardziej na wschód od centrum. Polecane ze względu na urokliwe uliczki.

Przedzieramy się przez kolejne place budowy i docieramy do medrasy, która stoi po środku kolejnej szeroko zakrojonej operacji remontowej. Podejmujemy próbę przejścia się uliczkami, ale szybko rezygnujemy i ewakuujemy się do centrum. Czar prysł, dzielnica zamienia się w czystą, odnowioną, gładką wersję. Czy to dobrze? Dla mieszkańców pewnie tak, ale czy nie traci się nieodwracalnie ducha tego miasta? Czas pokaże, jak remonty dobiegną końca.

Zahaczamy jeszcze o kolację i przechadzamy się uliczkami po zmroku, pięknie oświetlone, w nocy przestawiają się całkiem inaczej niż za dnia.

Dzisiaj szybko do spania, bo 5:29 pociąg do Khivy.

Dzień 4&5, 23–24.03.2025, Khiva

Podróż pociągiem minęła szybciej niż się spodziewaliśmy, bilety na wagon sypialny, typu coupe, w przedziale sumie 4 łóżka, ale nikt do nas już nie dołączył. Planów było dużo: poczytać, posłuchać podcastów, zaplanować zwiedzanie. W końcu skończyło się na nadrobieniu spania. Kuszetki były wyjątkowo wygodne, a lekki stukot i bujanie wagonu skutecznie usypiało.

Pociągowy pro tip do Azji Centralnej, pamiętaj, aby mieć swój kubek. Zawsze jest wrzątek, a tutaj nawet dali torebki z herbatą, niestety nie było w czy zalać.

Khiva wita nas deszczem i tak już zostanie do końca dnia. Do tego zimno i wilgotno. Z 30 stopni w Bucharze zeszliśmy do 7 w Khivie. Miasto jest opustoszałe, sprzedawcy i turyści uciekli przed deszczem. Nasz hotel okazuje się lekka wtopą, a jego właścicielka mrukiem chowając się przed gośćmi jak miasto przed deszczem. Liczyliśmy, że pomoże nam w zorganizowaniu wycieczki za miasto, ale nic z tego. Trochę szukania, wiadomości na Telegramie, ostatecznie znajdujemy agencje blisko nas i dogadujemy trip do twierdz. Miał być Moynaq, ale perspektywa 14–16 godzin, z czego większość w aucie, wystarczająco nas zniechęciła. Planujemy wyjazd na 25-go i na koniec od razu na lotnisko.

Resztę dnia spędzamy na próbie zwiedzania miasta, ale z marnym skutkiem, pogoda sprawia, że miasto traci większość swojego uroku. Pozytywem na koniec dnia jest kolacja w restauracji za murami starego miasta.

Drugi dzień w Khivie zaczynamy od wspólnego śniadania. Wspólnego, ponieważ gospodyni wyczekała aż wszyscy się pojawią i co parę minut donosiła jedzenie. Nie było tego dużo, ale postarała się rozciągnąć w czasie. W efekcie więcej czekaliśmy niż jedliśmy. Poza nami, sami Rosjanie, nikt nie miał ochoty się spouchwalać.

Po śniadaniu, nastawieni negatywnie, wyruszamy na zwiedzanie miasta, szczęśliwie już bez deszczu, ale puchówkach.

Dostępne są dwa typu biletów, za 100k somów, dający wstęp do miasta oraz za 250k somów uprawniający dodatkowo do wstępu do budynków i muzeów, poza najwyższą minaretem, meczetem i murami — te są dodatkowo płatne. Bilety ważne są dwa dni. Obie opcje złe, bo z tym za 100k bez muzeów i wejść na dziedzińce to za dużo nie ma do roboty. Z drugiej strony muzea są, ujmując to delikatnie, słabe. Mało tłumaczeń, po angielsku jeszcze mniej, a eksponaty wyglądają jakby sprzedawcy zebrali się i przekazali cześć swoich towarów. Poza tym pojawiają się np. obrazy sprzed 2 lat, o wątpliwych walorach artystycznych. Chyba jedyne sensowne muzeum jest w Ark, gdzie można się co nieco dowiedzieć o historii Khivy i Khoremach. Najlepsze atrakcje są dodatkowo płatne, jak punkty widokowe czy meczet.

Dosyć narzekania, robi się odrobinę lepsza pogoda więc i humory się poprawiają. Dominice na pewno pomogły rajstopy kupione w markecie, bo walizka pakowana była na wyższe temperatury.

Khive warto zwiedzić, na prawdę wygląda jakby czas się tutaj zatrzymał w XIX wieku. Spacer uliczkami w nocy jest niesamowicie klimatyczny i gdyby światła latarni zastąpić pochodniami, to można by uwierzyć że Khan wciąż rządzi w Ark. A gdyby pogoda dopisała, to widoki skąpanego w zachodzącym słońcu urzekłyby niejednego.

Cóż, szczęście nie dopisało, ale warto było zobaczyć i poznać część historii tego regionu.

Dzień 6, 25.03.2025, Karakałpacja

O 9:00 rozpoczynamy wycieczkę, w planie 3 twierdze na terenie Karakałpacji i finał na lotnisku w Urgencz, wg rozpiski około 15.00. Przed pójściem spać zorientowaliśmy, że pomieszałem godzinę odlotu i właściwie powinniśmy być na lotnisku o 14:00, szczęśliwie udało nam się ścieśnić plan i dogadać kierowcą (kolejna walka z językiem rosyjskim). Do pierwszej twierdzy jedziemy półtorej godziny, za Urgenczem przejeżdżamy granicę z Karakałpacją (jest posterunek i mundurowi), nas na szczęście nie sprawdzają.

Karakałpacja jest autonomicznym regionem w Uzbekistanie, chociaż jest to raczej autonomia na papierze. Widać też tutaj dużą biedę, do Karakałpacji należy również miasto Moynaq, którego mieszkańcy okrutnie ucierpieli w związku z katastrofą ekologiczną Jeziora Aralskiego.

My natomiast skupiamy się na ruinach, pozostałościach twierdz starożytnego Khorezmu. Zaczynamy od Kizil Kala, która powstała pomiędzy I a IV wiekiem n.e. kolejno w XII wieku została odnowiona w związku z najazdem Mongołów. Przez to jest dość dobrze zachowana. Następnie Toprak Kala, stolica Khorezmu z okresu I-V wieku. Ta jest w dużo gorszym stanie, ostały się głownie resztki murów, większość jest przysypana ziemią. Fakt, że te struktury jeszcze nie zostały starte z ziemią jest niesamowity, do budowy użyta była glina i całość zlewa się z otoczeniem. Wydawałoby się, że mocniejsza ulewa mogła by zniszczyć je doszczętnie. Ostatnia, Ayaz Kala, z okresu IV wieku p.n.e. — VII wieku n.e. znajduje się na wzgórzu i oferuje wspaniałe widoki na otaczającą Pustynie Kyzyl Kum.

Wycieczka jest bardzo pozytywnym zaskoczeniem, nie spodziewaliśmy zbyt dużo, a ruiny okazały się jedną z ciekawszych atrakcji Uzbekistanu, do tego prawie pustą. Na pierwszych dwóch fortecach byliśmy sami, a na ostatniej była tylko garstka ludzi.

Dzień 7. 26.03.2025. Taszkent

Do Taszkentu przylecieliśmy w poprzedni dzień, ale czasu starczyło tylko na kolację. Pada, zimno, wieje.

Ostatni dzień zaczynamy od Bazaru Chorsu. Co za chaos, Meksyk się chowa. Natarczywość i nieustępliwość sprzedawców osiąga absurdalny poziom. Nie chcą wydawać reszty, wciskają więcej niż prosimy i potrafią nawet wyzwać! Kupujemy chleb od sympatyczniej pani, która jest ostoją normalności w tym chaosie i ewakuujemy się. Zjadamy na chodniku, mocno głodni.

Kierujemy się w stronę meczetu Hazrat Imam, niby nie daleko 30 minut spaceru, ale po drodze zagrodzone parki, rozwalone chodniki, pół Taszkentu w budowie. A meczet jak meczet, chyba już za dużo ich widzieliśmy 🙂

Dzisiaj w planie jeszcze sporo, ale mało co zachwyca:

  • Wieża telewizyjna, ot jak i w innych miastach,
  • Plov Center przy wieży, szału nie ma, za to chaos na najwyższym poziomie,
  • Hotel Uzbekistan poraża swoim ogromem.

Zapewne kiepska pogoda robi też swojej, a może Taszkent to jedno z tych miast które się kocha albo nienawidzi.

Na koniec dnia odwiedzamy Magic City, nową atrakcje w Taszkencie, połączenie wesołego miasteczka z Las Vegas (bez kasyn) I kto wie czego jeszcze. Ale za darmo i ładnie 🙂 Kolacja u Buraka i wracamy do hotelu. Samolot startuje o 3:00 w nocy, zostało więc trochę czasu na drzemkę.

Podsumowanie

Uzbekistan jest pełen wspaniałych zabytków (wiele osób komentuje, że ich remont poszedł trochę za daleko, ale nie zmienia to faktu, że robią wrażenie i można poczuć się jak w bajce Alladyna). Wszędzie czuć historię i ślady jedwabnego szlaku. Do tego zapomniane fortece na pustyni, które w każdym zachodnim kraju byłyby topowymi atrakcjami obwarowanymi murami, a tutaj są dostępne w całości za niewielką opłatą.

Do kompletu głównych atrakcji zabrakło nam wyschniętego Jeziora Aralskiego, które niestety jest bardzo trudno dostępne oraz Doliny Fergany, znanej z produkcji jedwabiu.

Było zdecydowanie warto i polecamy Uzbekistan wszystkim ciekawym takich kierunków. Pamiętajcie, aby podszkolić się z podstaw rosyjskiego przed wyjazdem (plus kila słów po uzbecku 🙂 ).


KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

NAJNOWSZE WPISY