14.09.2025 – 19.09.2025
Spis Treści:
- Droga do Tadżykistanu
- Panjakent – wrota do Gór Fon
- Haftkul – czyli trekking 7 Jezior
- Dushanbe – stolica z przepychem
Ramowy plan na Tadżykistan
Droga do Tadżykistanu
Początek przygody w Tadżykistanie był sygnałem, że oj łatwo to nie będzie. Sygnał ten zignorowaliśmy i z uporem czekaliśmy na granicy, aby dostać się do tego kraju. Tego dnia podróż zaczęliśmy jeszcze w Taszkencie, do którego dzień wcześniej dotarliśmy w nocy pociągiem z Margilanu. Wczesna pobudka i o 6:30 już jechaliśmy do Samarkandy szybkim pociągiem ze stolicy. W Samarkandzie przesiadka do Yandexa, półtorej godziny w taksówce za 40 złotych i ok. 10:30 byliśmy na granicy. Wszystko super sprawnie i efektywnie. Część uzbecka również przebiegła bez problemów. Natomiast po stronie tażdżyckiej пробка, w sensie korek. Kolejka ludzi nie przesuwała się do przodu, staliśmy w upale nie wiedząc co się dzieje. W końcu doszły do nas informacje, że celnicy nie mają Internetu i nie mogą procesować wejść. Oczywiście nikt nie wiedział, czy i kiedy ten dość istotny problem zostanie rozwiązany. W związku z tym czekaliśmy uparcie z coraz mniejszą nadzieją około dwie godziny, aż do nagłego poruszenia, gdy celnicy zaczęli kierować turystów do osobnej kontroli. Tłum ludzi pobiegł, aby być z przodu kolejki, znikąd pojawił się Tadżyk niosący drukarkę, duża grupa chińskich turystów omal nie stratowała celników i po chwili znowu impas, ale tym razem podszyty nadzieją. Celnicy zaczęli procesować ludzi grupami po 10-15 osób, my trafiliśmy do paczki z Amerykanami i Chińczykami. Tadżycki celnik masowo wbijał pieczątki, a potem oddawał paszporty. Zabawna sytuacja miała miejsce, gdy pomagaliśmy celnikowi czytać chińskie nazwiska, z różnym skutkiem.
Spoceni, zmęczeni, ale szczęśliwi, że udało nam się przejść granicę, wzięliśmy taksówkę do hotelu w Panjakencie, oddalonego tylko około 6 km od granicy. Myśleliśmy, że to już koniec przygód na ten dzień, ale ewidentnie nie szło nam najlepiej interpretowanie sygnałów od wszechświata.
Panjakent – wrota do Gór Fon
W hotelu przywitał nas przemiły gospodarz, który później bardzo nam pomógł w załatwianiu transportu i w rozkładach marszrutek. Po przywitaniach i standardowym small talku w końcu wydusił z siebie, że aktualnie w mieście nie ma prądu oraz wody (jako że wodociągi też prądu nie mają), ale nie ma co się martwić, o 17:00 ma wrócić.
Zostawiliśmy rzeczy, poszliśmy wymienić pieniądze i coś przegryźć. Za misję wzięliśmy sobie również znalezienie piwa. Z Panjakentu nie mamy za dużo zdjęć, nie jest to zbyt urokliwe miasto. Na obfitość restauracji też nie ma co liczyć. Zjedliśmy za to najlepszą samsę z baraniną w naszym życiu, wymieniliśmy pieniądze na bazarze i wypiliśmy też wspomniane piwo w obskurnym barze za kotarką, po czym popędziliśmy totalnie zmęczeni do hotelu wziąć prysznic.
Prąd i woda wróciły o 19:30. Podobno to norma w mieście. Czytaliśmy później, że Tadżykistan chronicznie cierpi na niedobory energii, jednocześnie będąc w czołówce krajów z potencjałem hydroenergetycznym.
Haftkul – czyli trekking 7 Jezior
Nasze plany na Tadżykistan były dość proste, właściwie skupiliśmy się na najbardziej popularnym trekkingu na 7 Jezior w Górach Fon i stolicy z której kilka dni później mieliśmy lecieć do Ałmatów. Tak więc po śniadaniu udaliśmy się za bazar na postój marszrutek zgodnie z informacją od właściciela hotelu. Nasze plecaki, razem z przeróżnymi towarami wylądowały na dachu Sprintera i po niecałej godzinie czekania ruszyliśmy do wioski Shing, z której planowaliśmy dojść do guesthouse przez 4 z 7 jezior. Między nogami wiadro z warzywami i parę worków różnorakich towarów, dokoła pełno Tadżyków i jeszcze 3 turystów poza nami z podobnym planem. Po drodze kierowca kupił arbuza i zaczął wszystkich częstować, a droga jak to zazwyczaj w tej części świata dość szybko zmieniła się z asfaltowej na szutrową.
W Shing czekała nas niespodzianka, ponieważ kierowca marszrutki załatwił bez pytania dalszy transport do pierwszego jeziora za dodatkowe 2$, oszczędzając nam 5 km żmudnego podejścia drogą. Na początku ciężko było się porozumieć o co im chodzi, ale w końcu się udało 🙂
W ten sposób rozpoczęliśmy mozolny marsz do guesthouse’u po drodze oglądając pierwsze 4 jeziora. Wszystkie są znane z ciekawych odcieni wody i wyraźnie kontrastują z suchym klimatem i skałami je otaczającymi.
Tego dnia najbardziej zapadło nam w pamięć jezioro nr 4 o nazwie Nofin, gdzie powspinaliśmy się na duże głazy dające lepsze punkty widokowe i całkiem niemałą frajdę. Niedaleko za jeziorem czekał już na nas nocleg w Padrud.
Trasa 7 Jezior zaskoczyła nas w paru kwestiach. Po pierwsze, prawie nikt nie idzie piechotą. Poza naszą piątką, nie widzieliśmy nikogo innego. Za to ciągle mijały nas busiki i jeepy z turystami. Po drugie, w wioskach które mijaliśmy po drodze, jak również w tej w której spaliśmy, panowała powalająca bieda. Padrud w którym spaliśmy był jedną z większych, mając aż trzy „sklepy”. Poza tym domy często przypominały zlepione z gliny i co popadnie. Ludzie mają tu ciężko, ale jednocześnie są uśmiechnięci i bardzo przyjaźni. Jak zwykle wszystkie dzieci nas witały i zagadywały. Jeden chłopczyk nawet dumnie nosił koszulkę Lewego. Smuci fakt, że mieszkańcy tych wiosek prawie nie zarabiają na tym popularnym szlaku, ponieważ tylko garstka turystów decyduje się u nich spać czy coś zakupić. Zarabiają za to ludzie już bogaci, z miast, których stać na busa lub jeepa i którzy mogą obsłużyć wygodnych lub zabieganych turystów.
Kolejnego dnia po śniadaniu, wybraliśmy się na pozostałe 3 jeziora. Czekała nas dłuższa trasa i większe przewyższenia. Ostatnie, siódme jezioro o nazwie Hazorchashma jest najbardziej znane i w większości źródeł można przeczytać, że nie da się do niego dojechać autem, ale nawet Sprintery docierają teraz jedyne 15 minut spaceru od niego, a 4×4 bez problemu nad samo jezioro. To sprawia, że jeszcze mniej osób decyduje się zostać w pobliskich wioskach na noc. Nam najbardziej zapadło w pamięć nr 6, Marghuzor, bardzo długie, przy którym prowadzi droga ograniczona z jednej strony pionową ścianą, a z drugiej urwiskiem spadającym do jeziora.
Po ponad 7 godzinach i 22 km wróciliśmy, zjedliśmy zupkę chińską wożoną w plecakach jeszcze od Uzbekistanu i zaczekaliśmy na „prawdziwą” kolacje. Prawdopodobnie właśnie ta kolacja okazała się dla mnie fatalna w skutkach, ponieważ wieczorem zacząłem się gorzej czuć, a kolejnego dnia trawiła mnie już wysoka gorączka. Łyżka miodu w beczce dziegciu, że jechaliśmy już do Dushanbe, gdzie na 2 dni mieliśmy wynajęte mieszkanie. Zebraliśmy się z samego rana do Penjakentu, skąd współdzieloną taksówką pojechaliśmy do stolicy. Sposób prowadzenia pojazdów w tym kraju przyprawia o zawał serca, np. gdy kierowca wyprzedza tira w tunelu, a z naprzeciwka nadjeżdżają auta, dlatego większość 4 godzinnej drogi przejechaliśmy z sercem w gardle.
Dushanbe – stolica z przepychem
Stolica kraju jest totalnym przeciwieństwem Panjakentu i mijanych przez nas po drodze miasteczek. Marmurowe budynki, szerokie drogi. Za taksówki jeżdżą nowe elektryki z Chin. Gdzie się nie obejrzeć to coś budują. Również wszędzie wiszą portrety prezydenta, rządzącego nieustannie od 1994 roku. Widać gdzie idą wszystkie pieniądze. W głowach wciąż mamy biedne wioski i domy ulepione z gliny.
Chodnikami przechadzają się mężczyźni w garniturach, tutaj to symbol statusu, ale restauracje stoją raczej puste.
Pro tip – rząd zablokował Yandex’a i wprowadził swoją aplikację Jura, która jest bezużyteczna, taksówkę i tak trzeba złapać z ulicy i zapłacić gotówką.
Podczas dwóch dni w stolicy za dużo nie zwiedziliśmy. Odpuściliśmy też pobliski Hisor, znany z kompleksu fortec i medras, ze względu na trudny dojazd (kilka marszrutek) i wciąż słabe samopoczucie. Odwiedziliśmy główne parki z pomnikami oraz nowy bazar (Mehrgon) który został wybudowany, aby zastąpić 3 stare. Można tam spotkać niewielu lokalesów, bo koszty wynajmu są bardzo wysokie co też rzutuje na ceny produktów. Zakupiliśmy tam jedyną pamiątkę – starą, odrapaną przypinkę.
Dushanbe nie przypadło nam do gustu i cieszymy się na myśl o zmianie (w szczególności diety). Tadżykistan był ostatnim krajem Azji Środkowej, który planowaliśmy odwiedzić, ale dalej będziemy podążać Jedwabnym Szlakiem.











































Dodaj komentarz