Kirgistan – Na koniach do Jeziora Son-Kul

Kirgistan – Na koniach do Jeziora Son-Kul

3.09.2025 – 6.09.2025

Spis Treści:

  1. Szalone pomysły mile widziane
  2. Wyprawę czas zacząć
  3. Przez góry do jeziora
  4. Powrót w pomniejszonym towarzystwie

Biszkek, Kyzart i Son-Kul

Szalone pomysły mile widziane

W naszej podróży po Kirgistanie zaplanowaliśmy również coś szalonego, czyli 3 dniową wyprawę na koniach. Szalonego, ponieważ na koniach nie jeździliśmy nigdy wcześniej. Cel to Jezioro Son-Kul, położone w środku kraju, na wysokości 3000 m n.p.m. i dostępne tylko drogą 4×4, pieszo lub właśnie na koniu. Pomimo, że żadne doświadczenie nie było wymagane, to zdecydowanie perspektywa jeżdżenia na koniu przez 3 dni trochę nas przerażała (a chyba bardziej nasze tyłki). Jak się okazało, słusznie. Jednak Kirgistan kojarzy się z końmi i jeśli gdzieś spróbować życia prawdziwego nomada to właśnie tutaj. Postanowiliśmy więc zaryzykować.

Zaczęło się ciekawie już na etapie wyjazdu z hotelu. Wycieczka rozpoczynała się w małej miejscowości Kyzart, oddalonej o około 4 godziny drogi od Biszkeku. Ponieważ marszrutki nie są zbyt przewidywalne, a na miejscu musieliśmy być o 13:00, to zdecydowaliśmy się na prywatny transport, którym okazało się wiekowe Audi i młody Kirgiz. Kierowca chwilę po wyjechaniu z miasta zatrzymał się parę razy na poboczu, aby kupić lewą benzynę w 5 litrowej butli po wodzie. Szczęśliwie dojechaliśmy bez większych problemów (pomijając postój na toaletę w miejscu zapomnianym przez ludzi, gdzie od razu przechodziła człowiekowi potrzeba…).

Wyprawę czas zacząć

Nasza spora grupa, na którą złożyło się 90% Francuzów zebrała się na wspólny obiad (obowiązkowy plov) i po zostawieniu nadmiaru bagażu została skierowana do przydziału koni. Na początku krótki instruktarz:

  • Qui – idź,
  • Drr – stop,
  • Pociągnij wodze w odpowiednim kierunku, aby skręcić.

Po tej wyczerpującej lekcji, każdy wsiadł na konia i ruszył. Wszystko to odbyło się na poboczu autostrady, którą po chwili opuściliśmy i wkroczyliśmy na step. Na szczęście konie znały drogę na pamięć, więc nie było problemów, poza sytuacjami, gdy wydawało im się, że wiedzą lepiej i trudno było je przekonać do podjęcia innego kierunku.

Mi trafił się wyjątkowo uparty młodzik, Manchester, który co chwilę chciał się zatrzymać i podjeść trawy lub schodził na bok, aby uniknąć tumanów kurzu. Dominika dostała trochę spokojniejszą Trolę, która z kolei nie przepadała za wysilaniem się.

Step jest ogromny, ale w przeciwieństwie do Kazachstanu jest też dość górzysty. W pierwszy dzień w 3 godziny pokonaliśmy 17 km i wspięliśmy się prawie 700 m w górę. Natomiast to co jest uniwersalne dla stepów w porze suchej to kurz. Wszechobecny, penetrujący wszystko, osadzający się na ubraniach, zatykający usta i nos. Kurz pozostał już naszym nieustannym towarzyszem do czasu prania i dogłębnego oczyszczenia siebie i ekwipunku po powrocie do Biszkeku.

Po dotarciu wieczorem do obozu na wysokości około 2550 m n.p.m., przydzielono nam yurty. Gdy my ogarnialiśmy nasze rzeczy, robiliśmy zdjęcia i zachowywaliśmy się jak klasyczni turyści, to Kirgizi zajęli się końmi. Pościągali im siodła, związali lekko przednie nogi, by ograniczyć ich mobilność i puścili wolno, aby mogły podejść trochę trawy. W tym samym czasie gospodyni zajęła się przygotowaniem kolacji. Natomiast już podczas wspólnego posiłku pilnie czuwała, aby każdy miał pod dostatkiem herbaty, czyli czaju. Oczywiście nalewać mogła tylko ona, ponieważ nieznającego lokalnych sposobów turysty nie można dopuścić do esencji. Należy polać jej tylko trochę i rozcieńczyć wrzątkiem. Gdy jednego lub drugiego zabraknie – Kirigizi wpadają w popłoch wołając „czaj!!”.

Pro tip dla kawoszy – planując podróż do Azji Centralnej przygotujcie się mentalnie na kawowy detoks. Kawa w tym regionie, pomijając duże miasta, jest mało dostępna (nie mam na myśli tanich rozpuszczalnych). Prędzej czy później zamienicie kawę na mocny czaj.

Wieczorem został jeszcze czas na Yurta Party, gdy Kirgizi wyciągnęli gigantyczny głośnik na bluetooth i zaczęli wszystkich ściągać na imprezę przy lokalnej nutce. Do prądu i internetu dostęp mieli tylko oni, my żadnego zasięgu nie mieliśmy, a power banki musiały wystarczyć na całą wycieczkę. Rozgrzani tańcami wróciliśmy do yurty na zasłużony odpoczynek.

Przez góry do jeziora

W drugi dzień czekała na nas przeprawa przez górską przełęcz na wysokości prawie 3400 m n.p.m., aby finalnie dotrzeć do jeziora. 3 godziny, 15 km i 900 m w górę wymęczyło nas potwornie. Tyłek, nogi i plecy dawały o sobie znać. Jazda na koniu przychodziła trochę łatwiej, ale za to teren był bardziej wymagający. Do tego na płaskim konie zaczynały trochę galopować, czego sami jeszcze do końca nie ogarnęliśmy, więc skutkowało to zwiększoną udręką. Niestety poza krótką lekcją dzień wcześniej, Kirgizi kolejnych wskazówek już nie udzielali. Nasz bardzo ograniczony rosyjski, a ich prawie nieistniejący angielski nie pomagały w komunikacji. Co ciekawe, była z nami też starsza para Francuzów, która władała tylko swoim językiem i nie wykazywała się doświadczeniem podróżniczym. Wciąż zastanawiamy się jak się tam znaleźli i jak w Kirgistanie byli w stanie sobie jako tako sobie poradzić.

Zmęczenie zeszło na drugi plan, gdy ukazał nam się majestat Jeziora Son-Kul. Niewzburzona, niebieska tafla, pięknie odbijająca góry na drugim brzegu. Było warto. Po ponownym zameldowaniu w yurtach przyszedł czas na obiad. Tym razem gospodyni obozu wyjątkowo się postarała, ponieważ upiekła na miejscu chleb. Zajadaliśmy się nim razem z lokalnymi dżemami. Do tego standardowo zupa z bliżej nieokreślonych warzywnych składników i kawałkami koniny oraz jednogarnkowe danie z ziemniakami, kapustą i co tam jeszcze wpadło. Cóż, jemy co jest 🙂

Popołudniu to czas wolny, ciekawe jak bez Internetu czas się wydłuża. Porobiliśmy masę zdjęć, poczytaliśmy książki, a także wykąpaliśmy się w jeziorze, które było zadziwiająco ciepłe (a właściwie nie było lodowate).

Z ciekawostek, na noc za namową (a bardziej narzekaniem) starszej francuskiej pary, Kirgizi rozpalili w yurtach końskim łajnem, więc przez część nocy było stosunkowo gorąco (nie, nie śmierdziało). Na szczęście to paliwo szybko się wypala, więc mogliśmy spokojnie spać w naszych ciepłych śpiworach. Obowiązkowa pobudka w nocy na toaletę zaserwowała nam piękny festiwal gwiazd na niebie.

Powrót w pomniejszonym towarzystwie

Trzeciego dnia zerwaliśmy się wcześnie, spakowaliśmy manatki i cierpliwie czekaliśmy na śniadanie licząc, że w związku z długą trasą powrotną ruszymy o czasie. Według rozpiski mieliśmy jechać 6 godzin, po dopytaniu Kirgizów, okazało się, że jednak tylko 4 godziny, co wciąż wydawało nam się bardzo długo. Śniadanie się opóźniało, duża część przewodników też gdzieś przepadła. W końcu, około 9:30 okazało się, że powodem opóźnienia są zagubione konie. Jak zawsze na noc konie są puszczane wolno, a rano Kirgizi je zaganiają do obozu. Konie mają związane nogi, aby nie mogły za daleko odejść. Tym razem udało im się zawędrować dość daleko i nasi przewodnicy nie mogli wszystkich znaleźć. Między innymi swoich i Dominiki. Po długich poszukiwaniach około 11:00 zgromadzili na tyle koni, że starczyło dla wszystkich klientów, ale już nie ma dla przewodników. W efekcie jeden z Kirgizów dosiadł konia wspólnie z klientką, która miała najwięcej doświadczenia i w tak okrojonym składzie ruszyliśmy w drogę. Po drodze odnalazły się jeszcze 2 konie przewodników, ale wciąż spora ich część pozostała nieodnaleziona. Ponieważ wyruszyliśmy ponad 3 godziny po planowanym terminie, Kirgizi narzucili okropne tempo, które wykończyło wszystkich doszczętnie. Nie mieliśmy ani ochoty, ani sił robić zdjęć czy nawet rozmawiać.

Po ponad 22 km dotarliśmy do Kyzartu, gdzie zwlekliśmy się z koni, umyliśmy twarze z kurzu, przegryźliśmy obiad i przesiedliśmy się do dusznego busika, aby kolejne 5 godzin spędzić w drodze do Biszkeku. Mało tego, próbując ustalić godzinę zameldowania w mieszkaniu w Biszkeku, dowiedzieliśmy się, że jednak nie jest dostępne, o czym właściciele nie raczyli nas poinformować. Historia skończyła się dobrze, gdyż udała nam się znaleźć inne mieszkanie, w lepszej dzielnicy, za mniejsze pieniądze 🙂

Po tych trzech intensywnych dniach nadszedł czas na chwilę oddechu w stolicy. Parząc kolejny chaj i zajadając jajecznicę odczuliśmy satysfakcję z ukończonej wycieczki. Będąc w Kirgistanie naprawdę warto się na nią pokusić. Jest to niezapomniana przygoda.

Pędzimy do Kyzartu


KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

NAJNOWSZE WPISY