6.09.2025 – 9.09.2025
Spis Treści:
- Pamir na koniec kirgiskiej przygody
- Podróż do Sary Mogol
- Baza pod Pikiem Lenina i Przełęcz Podróżników
Pamir na koniec kirgiskiej przygody
Góry Pamir były naszym ostatnim punktem w podróży po Kirgistanie. Nie planowaliśmy trudnego trekkingu, ale chcieliśmy zobaczyć to pasmo górskie, a zwłaszcza Pik Lenina, powszechnie znany jako najłatwiejszy siedmiotysięcznik (ma dokładnie 7134 m n.p.m.). Baza, na 3500 m n.p.m. jest łatwo dostępna, będąc oddalona około 20 km od małej wioski Sary Mogol. Dostać się do niej można porządnym autem 4×4. Wstępny plan zakładał spędzenie jednej nocy w yurtcie w pobliżu bazy i trekking na pobliską Przełęcz Podróżników (4150 m n.p.m.).
Wróćmy do początku, ponieważ 6.09 rano byliśmy jeszcze w Biszkeku, a samo dotarcie do Sary Mogol okazało się bardziej męczące niż początkowo zakładaliśmy.
Podróż do Sary Mogol
Z Biszkeku do Osz lecieliśmy samolotem. Przeżyliśmy klasyczny azjatycki chaos na lotnisku i ledwo zmieściliśmy się w limicie bagażu nadawanego (30 kg na naszą dwójkę). W Osz mieliśmy obczajoną jako bazę herbaciarnie w pobliżu starego dworca autobusowego z którego odjeżdża marszrutka lub dzielona taksówka do Sary Mogol. Skierowaliśmy się tam Yandexem od razu z lotniska. Na miejscu zastaliśmy gruzowisko, jakby wyburzono parę budynków i razem z nimi ślad po kawiarni przepadł. Po dłuższym kluczeniu w końcu udało nam się znaleźć alternatywne miejsce na śniadanie i toaletę. Posileni udaliśmy się w kierunku dworca. Udało nam się sprawnie złapać taksówkę, ale tylko na tyle szczęścia nam wystarczyło. Na komplet pasażerów czekaliśmy 2 godziny. Kierowca stosował różne triki, abyśmy nie zrezygnowali co chwilę mówiąc, że za moment rusza i np. zamykając bagażnik z naszymi plecakami lub nas w busie. W końcu łaskawie ruszył, pokluczył jeszcze po mieście, aby zgarnąć Kanadyjczyka z hostelu, załatwić parę interesów i skierował się w stronę Sary Mogol. W środku jak zwykle było niemiłosiernie duszno i gorąco. Podróż, wliczając czekanie, zajęła nam 6 godzin, a do pokonania było 220 km (dobrze że kupiliśmy lokalny przysmak czyli świeży chleb). W naszej ignorancji, dopiero potem zorientowaliśmy się, że większa część trasy prowadzi znaną Pamir Highway (chociaż dużo popularniejsza jest jej część w Tadżykistanie). Po drodze minęliśmy też kilku rowerzystów i masę ciężarówek z Chin, a najwyższe pokonywane przełęcze miały 3600 m n.p.m.
Baza pod Pikiem Lenina i Przełęcz Podróżników
W hostelu poznaliśmy przesympatyczną malezyjsko-rumuńską parę, z którą już do końca współdzieliliśmy wszelakie transporty. Najpierw jeepem do Jeziora Tulpar i w pobliże Bazy pod Pikiem Lenina. Już z pod bazy, która jest na wysokości około 3600 m n.p.m., widać tą ogromną górę. Wygląda na całkiem bliską i łatwo dostępną, ale to oczywiście ułuda. Sama baza niestety była już zwijana, sezon na wspinaczkę się skończył.
Następnie udaliśmy się na trekking na przełęcz. Początkowo myśleliśmy, że ta trasa zajmie nam dużo więcej czasu i chcieliśmy zostać w pobliskich yurtach przy Jeziorze Tulpar na noc. Obozy dla turystów są dostępne do około połowy września. Nasi nowi znajomi natomiast wracali do Sary Mogol. Zdecydowaliśmy się zrobić podobnie i odpuścić już nocleg w yurcie na rzecz wcześniejszego wyjazdu do Uzbekistanu. Trasa na przełęcz prowadzi najpierw przez rzekę lodowcową, a następnie kilka kilometrów prawie płaskim terenem, aby w końcu zacząć mozolnie wspinać się w górę. Nie jest trudna technicznie, za to wysokość bardzo doskwiera. Ewidentnie brakowało nam aklimatyzacji. Ponadto mieliśmy dość ciężkie plecaki, jako, że planowaliśmy nocleg i zabraliśmy sporo ekwipunku. Mam nadzieję, że trudy wejścia zaprocentują w Nepalu.
Po dojściu na Przełęcz Podróżników oczom ukazuje się wielki jęzor lodowca, o tej porze roku odsłonięty, czarny i aż emanujący złem. Widzimy również Pik Lenina z trochę innej perspektywy niż z bazy. Wycieczkę można kontynuować dalej do obozu pierwszego czy na 5-cio tysięczny Szczyt Yukhina (ta opcja wymagałaby większej aklimatyzacji i sprzętu zimowego). My jednak skierowaliśmy się w drogę powrotną.
Spora różnica wysokości porządnie nas wymęczyła. W sumie pokonaliśmy trochę ponad 16 km i niecałe 800 m w górę, co nie wydaje się sporym wyczynem, ale przy tej wysokości daje się mocno odczuć.

Pro tip – wybierając się na samą przełęcz nie jest wymagane pozwolenie. Aby realizować dalsze wyprawy, z racji bliskości granicy, musimy uzyskać odpowiedni „permit”, który można załatwić przez lokalne CBT (Community Based Tourism).
Pamir to piękne góry i chciałbym tu kiedyś wrócić zrealizować ambitniejsze cele. Na pewno nie na Pik Lenina, ale może dłuższy trekking czy jakiś sześciotysięcznik…
Kolejnego dnia razem z poznaną parą podzieliliśmy taksówkę do Osz, która tym razem wyszła dużo wygodniej i taniej niż poprzednio (i do tego klimatyzowanym autem!!!). Na granicy czekały nas jeszcze kolejne przygody, ale o tym w kolejnej relacji.



























Dodaj komentarz