29.09.2025 – 5.10.2025
Spis Treści:
W Tajwanie skupiliśmy się na północnej części wyspy.
Tajwan – czy to dalej Chiny?
Nasza przygoda na Tajwanie o mały włos by się nie wydarzyła. Po nocy w obskurnym hotelu blisko lotniska Pudong w Shanghaju, wsiedliśmy do hotelowego busa zawożącego gości na lotnisko. Hotel oddalony był niecałe 20 minut od terminala, więc wyjechaliśmy z całkiem normalnym zapasem czasu. Niestety dość istotna informacja została pominięta w rozkładzie busa – otóż nie obsługiwał on tylko jednego hotelu, a około sześciu pobliskich. Dodając do tego korek pomiędzy terminalem 1 i 2 ta cała trasa zajęła nam godzinę. Wbiegliśmy do kolejki odprawy i nadania bagażu, myśląc, że już jesteśmy bezpieczni. Jak się okazało nie w pełni, ponieważ nasza tania linia lotnicza Scoot odlatywała co prawda z drugiego terminalu, ale bramki były w satelitarnym budynku, do którego należało dojechać pociągiem. O tym też zabrakło informacji. Udało nam się wepchnąć chińskim krokiem na początek kolejki do odprawy bezpieczeństwa, o dziwo nikt z mijanych osób nie protestował, więc w efekcie zdążyliśmy dostać się pod bramkę na czas i wylecieć z kontynentalnych Chin.
Tajwan, de facto, to też Chiny a dokładniej Chińska Republika. Na Tajwanie rządzi ustrój demokratyczny, który jest sprzeczny z Chińską Republika Ludowa (ChRL) sterowaną z Pekinu. Tajwan nie jest osobnym krajem i ma status państwa nieuznawanego, ale obywatele mają swoje paszporty, walutę i w większości nie podzielają idei zjednoczenia z kontynentem (a przynajmniej nie na warunkach ChRL). Opuszczając ChRL dostajemy w paszporcie pieczątkę wyjazdową, a w Tajpej wjazdową Tajwanu. Chiny kontynentalne dążą do pełnego wciągnięcia tej wyspy pod swoje wpływy i rządy (tak jak to miało miejsce z Hongkongiem). O statusie Tajwanu przypominają jego obywatelom na różne sposoby, np. pozwalając im wjechać do Chin na dowodzie osobistym, a nie tajwańskim paszporcie.
Na przestrzeni lat 1895 – 1945 Tajwan był rządzony przez Japończyków i o tych rządach nie można powiedzieć zbyt dużo dobrego. Ale poza represjami odcisnął się mocno na kulturze, architekturze, codziennym zachowaniu ludzi. Tajwan w wielu aspektach bardziej przypomina Japonię, niż Chiny. Ludzie są cichsi w szczególności w metrze, stoją porządnie w kolejkach, generalnie czuję się japoński klimat. Pomimo złej historii ta odmiana przypadła nam do gustu, ponieważ Japonię uwielbiamy i mieliśmy też dość chińskiego chaosu, krzyków i wiecznego przepychania. Oprócz tej bardzo miłej odmiany w ludziach, Tajwan przywitał nas też okropnym upałem. Już od 9:00 rano temperatura zaczynała przekraczać 30 stopni i utrzymywała się w okolica 35 aż do zachodu. Po dwóch dniach w stolicy zdążyliśmy zrobić 2 prania w pobliskiej pralni na monety (dobrze, że były szybkie i tanie).
Na Tajwan przeznaczyliśmy 6 dni, 3 w stolicy i 3 na wyprawę rowerową w północnej części wyspy. Oczywiście w Tajpei wypiliśmy masę Bubble Tea, część była znakomita, cześć tylko bardzo dobra. Odwiedziliśmy naszą ulubioną chińską restaurację Din Tai Fung serwującą wspaniałe dim sumy. Wspięliśmy się też na pobliską Górę Słonia z widokiem na Taipei 101 w największym upale dnia, co wymusiło kolejne pranie ubrań. Ostatniego dnia udaliśmy się do pobliskiego miasteczka Yingge, znanego z produkcji różnorakiej ceramiki w poszukiwaniu dzbaneczka. Misja zakończyła się sukcesem.
Pedałowanie w piecu rozgrzanym do 400 stopni
Tajwan słynie z produkcji rowerów. To stąd pochodzą takie marki jak Merida czy Giant. Spora część komponentów, jak ramy i koła dla największych rowerowych marek jest produkowana w tajwańskich fabrykach. Naoglądaliśmy się również dużo o super trasach rowerowych, których najpopularniejsza to Numer 1 okalająca całą wyspę. Tak ambitny plan wykraczał poza nasze możliwości, więc zdecydowaliśmy się na ponad 200 kilometrową pętla w północnej części wyspy, którą mogliśmy rozpocząć i zakończyć w stolicy. Wynajęliśmy rowery z sakwami oraz zakupiliśmy spodnie i koszulki. Bez pieluch ani rusz.
Przygody zaczęły się dość szybko. Mieliśmy dostać jeden rower z sakwami, a drugi z dużą torbą podsiodłową, ponieważ nie było dostępnych dwóch modeli z bagażnikiem. I takie też zostały przywiezione, ale sakwy były 4, a toreb 0. W efekcie spakowaliśmy wszystko do dwóch dużych sakw na jeden rower, który przypadł mnie, drugi zostawiając „goły”. Ten podwójny ciężar był sporym wyzwaniem na stromych pojazdach, a rower czasem chciał zrobić fikołka w tył. Sakwy były też bardzo szerokie, a ja nie przyzwyczajony do tego rozwiązania, więc na początku co jakiś czas ocierałem się nimi o przeszkody. W ten sposób, jeszcze w Tajpej, zahaczając o zaparkowany skuter urwałem lewą sakwę. Cały zaczep wyleciał z materiału. Mieliśmy dwa karabinki, więc zaczęliśmy coś kombinować. Momentalnie zlecieli się Tajwańczycy oferując bezinteresowną pomoc. Pani z sąsiedniego sklepu dała nam kawałek sznurka, a od drugiego Tajwańczyka udało mi się dostać trytytki. Sprawdziły się idealnie przez resztę wyjazdu, a ja bacznie pilnowałem, aby zachować stosowny odstęp.
Pierwszy dzień poprowadził nas początkowo sporą ilością podjazdów z pięknymi widokami. Właśnie te podjazdy i prawie 40 stopni w cieniu zaskutkowały minimalną ilością zdjęć. Pod górę walczyliśmy o każdy oddech, a z górek hamowaliśmy z całych sił. Liczyliśmy na ciekawe miasteczka i kawiarenki po drodze, ale najlepszymi punktami do poratowania zimnym napojem, przegryzką czy toaletą okazały się sklepy 7-11 i Family Mart (czyli azjatyckie Żabki). Druga część była już bardziej wypłaszczona z przeważającą tendencją zjazdową. Oficjalna droga rowerowa poprowadzona była dużym poboczem drogi ekspresowej, dodając jeszcze więcej adrenaliny. Plus, że Tajwańczycy jeżdżą spokojnie (poza kierowcami BMW, co jest chyba uniwersalną zasadą na świecie…).

Noc w surferskim miasteczku Fulong na wschodzie wyspy okazała się rozczarowaniem. Na darmo szukaliśmy sensowej knajpki na kolacje gdzie moglibyśmy zjeść rybę lub owoce morza. Skończyło się na zjedzeniu olbrzymiego burgera…
Drugi dzień zapowiadał się łatwiej i obiecująco. Po serii mniejszych pojazdów i przeprawie 3 km tunelem przez górę mieliśmy dalej jechać wzdłuż północnego brzegu. Ta pierwsza część okazała się faktycznie przyjemna i widokowa, natomiast druga pomimo bliskości wybrzeża poprowadzona była głownie dużymi drogami, przez miasta. Rozgrzany asfalt, spaliny i spory ruch wymęczyły nas psychicznie i fizycznie. Po dotarciu do hotelu, który tym razem okazał się bardzo przyjemnym lokum z prywatnymi gorącymi źródłami, ponownie wybraliśmy się na poszukiwanie owoców morza. Misja zakończyła się na… pizzy frutti di mare. Zaczynaliśmy podejrzewać, że Tajwan co lepsze złowione produkty eksportuje, a Tajwańczycy zajadają się głownie smażonym kurczakiem.
Ostatni dzień miał być z górki. I pewnie tak by było, gdyby nie fakt, że ponownie przyszło nam walczyć z dużymi drogami, sporym ruchem i do tej pory najcieplejszym dniem. W pewnym momencie jechaliśmy nawet przez uliczny targ lawirując pomiędzy sprzedawcami. Były też pozytywne aspekty, jak ścieżki rowerowe poprowadzone tuż przy linii brzegowej, latarnia morska i bardzo przyjemna ścieżka z obrzeży miasta do samego centrum Tajpej. Z ciekawostek, Tajpej otoczony jest potężnymi wałami przeciwpowodziowymi, które co jakiś czas posiadają olbrzymie śluzy lub schody pozwalające przedostać się na ich drugą stronę.
Co do całej trasy mamy mieszane uczucia, z jednej strony pozwoliła nam zobaczyć odmienną stronę Tajwanu, miejsca do których normalnie byśmy nie dotarli. Z drugiej trasa często poprowadzona była sporymi drogami, odbierając przyjemność z jazdy. To był szczyt sezonu rowerowego, ale temperatury były niemal nie do zniesienia. Choć trzeba przyznać, że ani razu nie padało, co na Tajwanie jest ewenementem. Czy polecamy rower na tej wyspie? Tak, ale trzeba być świadomym tych wszystkich aspektów, zarówno dobrych jak i złych i przede wszystkim upałów.

























































Dodaj komentarz