Mnisi spacerujący po terenach klasztoru

Tybetański klasztor w Gansu

Mnisi spacerujący po terenach klasztoru

Tybetański klasztor w Gansu

23.09.2025 – 25.09.2025

Spis Treści:

  1. Niekończąca się podróż
  2. Tybetański Klasztor Labrang

Niekończąca się podróż

Pociąg wypluł nas na peron po 7:00 rano i zameldowaliśmy się w Lanzhou. Kilka godzin spania w kuszetce zdecydowanie nie zyskało aprobaty smartwatcha, który wycenił go na 56 punktów w 100 punktowej skali. Udaliśmy się więc poszukać kawy i czegoś na śniadanie. Wpierw klucząc trochę po dworcu (w Chinach dworce są olbrzymie, jest ich też często kilka w mieście), a następnie walcząc z przejściem przez drogę kładko-rondo o promieniu 100 metrów, w końcu dostaliśmy się pod McDonalda. Po odzyskaniu sił i animuszu pojechaliśmy na dworzec, tym razem autobusowy. Naszym celem było Xiahe, gdzie znajduje się Buddyjski Klasztor Labrang. Planując wyjazd znalazłem informację, że busy do Xiahe jeżdżą o 7:30, 8:30, 9:30 i 10:30 z Lanzhou. Na miejscu okazało się, że są tylko o 8:30, na który niewiele się spóźniliśmy oraz o 10:30. Nie zostało nam nic jak cierpliwie czekać w tym małym, zapyziałym dworcu autobusowym na południowych obrzeżach miasta. Wizyta w toalecie szybko się zakończyła pośpiesznym wycofem, gdy zobaczyłem, że w każdym „oczku” (toalety w Chinach często są typu na Małysza) na odwiedzającego czekał już spory posąg z brązu.

Pro Tip – dworce w kraju środka są zawsze wyposażone we wrzątek i sklepik, gdzie zakupimy np. zupkę chińską. Warto też mieć swój kubek termiczny i herbatę. Dworce kolejowe ponadto są często olbrzymie, mają sporo sklepów, restauracji i są czyste. Przypominają lotniska. Z autobusowymi bywa już różnie…

Małe pocieszenie, w Chinach, w przeciwieństwie do stanów z Azji Centralnej, autobusy wyjeżdżają z reguły o czasie i nie czekają na komplet pasażerów. W ten sposób chwilę po 10:30 ruszyliśmy do Xiahe. Będąc już 13-tą godzinę w tej podróży do Xiahe, gdy autobus wspinał się na 3000 n n.p.m. zaczynaliśmy wątpić w sens odwiedzin tego klasztoru, a ja czułem się jak marionetka działająca według szalonego planu. Planu, który o ironio sami stworzyliśmy. Szczęśliwie przed 14:00 dojechaliśmy do miasta, bo mieliśmy już stanowczo dość tych transferów. Po dłuższej próbie łapania taksówki (współdzielonej z innymi pasażerami w tym z dziećmi wracającymi ze szkoły), dotarliśmy do hotelu.

Tybetański Klasztor Labrang

Pomimo sporej odległość od Autonomicznego Regionu Tybetu, w Xiahe znajduje się ogromny tybetański klasztor. Jest to największa tego typu placówka poza samym Tybetem. Klasztor założony został w 1709 roku w miejscu styku kultury tybetańskiej i mongolskiej. W szczycie zapewniał dach nad głową 4000 mnichów. Dzisiaj w jego „murach” żyje ich około 1500. Do dziś mnisi uczą się w nim praktyk buddyzmu, ale również medycyny i innych dziedzin nauki. Sam klasztor jest otwarty i buddyjskich mnichów można spotkać również na ulicach miasteczka Xiahe, w kawiarniach czy taksówkach. W teorii odwiedzający go turyści, mogą chodzić samodzielnie po prawie całym terenie klasztoru od 8:00 do 18:00, ale w praktyce na każdym kroku byliśmy zawracani od wejścia do kompleksu. Z ciekawostek, kompleks zawiera parę kilometrów młynków modlitewnych, których obracanie jest ekwiwalentne do recytowania mantr. Na przykład cała jedna ściana kompleksu jest pełni pokryta takimi młynkami. Święta zasada brzmi, że tak jak stupy obchodzimy, tak młynki obracamy tylko zgodnie ze wskazówkami zegara. W efekcie całą ścianę młynków można przejść tylko w jednym kierunku. To prowadzi do sytuacji, że nie da się wejść do jednej z ulic od strony zaburzającej ten ruch. Oczywiście nasz hotel znajdował się w miejscu, który wymagał nadrobienia 1,5 km równoległą drogą, aby finalnie wejść na ulicę z młynkami modlitewnymi (dobrze, że na bookingu promował się jako obiekt najbliżej klasztoru).

Poza próbą samodzielnego zwiedzania klasztoru, można też zakupić wejściówkę z przewodnikiem za około 30 złotych, podczas której turyści oprowadzani są po kompleksie. Tak też postąpiliśmy drugiego dnia, a wycieczka okazała się całkiem pouczającym doświadczeniem. Niestety bardzo słabo znając buddyzm, ciężko nam było się połapać w tych wszystkich nazwach, odłamach religii i długiej historii buddyzmu. Trudny w zrozumieniu akcent przewodnika nie pomagał. Pomimo tego, taka wycieczka była zdecydowanie na plus. Oprowadzanie zakończyło się o 11:30, gdy mnisi zaczęli zbierać się na modlitwę i wtedy można było zaobserwować i posłuchać słynnego „Ommmm” wydobywającego się z setek gardeł. Musieliśmy się jednak spieszyć, ponieważ o 12:10 mieliśmy już autobus do Lanzhou z oddalonego o parę kilometrów dworca, a nasze bagaże czekały jeszcze w hotelu do którego jak najszybciej popędziliśmy. Właściciel poratował nas podwózką i dowiózł na czas, chociaż w takim tempie, że byłem pewny, że autobus nam odjedzie. Gdy ja się cały stresowałem i wpatrywałem się w zegarek, on był spokojny jak wagon medytujących mnichów.


KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

NAJNOWSZE WPISY