29.11.2025 – 6.12.2025
Spis Treści:
- Kerala – Stan inny niż reszta
- Kochi – niby inaczej, a jednak to wciąż Indie
- W góry! Kumily i okolice
- Varkala – rekonwalescencja nad Morzem Arabskim
Kerala – Stan inny niż reszta
Naszym ostatnim regionem Indii była Kerala, która słynie z przypraw, jogi, ajurwedy (tradycyjnej indyjskiej medycyny), surferów, a także z dużo większej czystości niż w pozostałych indyjskich stanach. Jest to też stan o najwyższym poziomie piśmienności, słynący z wysokiej jakości opieki zdrowotnej – coś, co miało nam przyjść wkrótce na ratunek.
W naszym indyjskim planie Kerala miała być miłą odmianą od chaosu tego kraju, oferującą bliższy kontakt z naturą, możliwość wyciszenia po szalonym północnym rajdzie i wizycie w Bombaju. I poniekąd taka też była, ale jak to w życiu bywa, piłki często są podkręcone dla zmylenia przeciwnika i nie wszystko tak pięknie wyglądało. Ale o tym trochę później.
Wybraliśmy się tam prosto z Mumbaju, aby przekonać się na własne oczy, czy to wszystko jest prawdą. Naszym celem były:
- Fort Kochi – kolonialne miasteczko ze śladami Holendrów i Portugalczyków.
- Kumily – wioska w sercu mglistych gór, na granicy Parku Narodowego Periyar, w okolicach której uprawiana jest herbata i wszelakie przyprawy.
- Varkala – miasteczko nad Morzem Lakkadiwskim, mekka surferów, znane z czerwonych klifów, pięknych plaż i praktyki jogi.
Keralska trójca – Kochi, Kumily i Varkala.
Kochi – Niby inaczej, a jednak to wciąż Indie
Fort Kochi leży na półwyspie i można do niego dostać się promem lub drogą lądową. Znajduje się też całkiem daleko od lotniska. Taksówkarz polecił nam wybrać krótszą trasę i skorzystać z promu zamiast dłuższej, zakorkowanej drogi lądowej. Niestety, planowana godzina drogi skończyła się na prawie trzech, ponieważ jeden z promów się zepsuł i utworzył się gigantyczny korek. W ten sposób zleciała nam większa część dnia, chociaż wylecieliśmy z Mumbaju z samego rana. Czasem tak się to właśnie kończy, ale cierpliwość ćwiczona w Kirgistanie pozwoliła zachować dobry humor.
Sam Fort Kochi faktycznie nie przypomina Indii, których doświadczaliśmy do tej pory. Po mieście można było poruszać się pieszo bez większego ryzyka wypadku, a śmieci nie zalegały ulic i chodników. Oczywiście dalej były, jednak nie pływały rzekami, a chodząc nie potykaliśmy się o nie, jak to miało miejsce na północy kraju. Również samochody nie miały misji nas rozjechać. Spacerując po okolicach, można było zobaczyć kolonialną zabudowę z czasów Holendrów, Portugalczyków, a także Anglików. Również pod względem religii Fort Kochi jest zróżnicowany. Odwiedziliśmy najstarszą synagogę w Indiach zbudowaną w XVI wieku oraz świątynię dżanijską. Z ciekawostek, wyznawcy dżinizmu praktykują zasadę ahimsy – absolutnego zakazu krzywdzenia istot żywych, co w ekstremalnych przypadkach sprowadza się do zakazu spożywania posiłków po zmroku, aby uniknąć przypadkowego zjedzenia owadów…
Cała Kerala znana jest z przypraw doskonałej jakości, świeżych owoców, warzyw i ryb. Nawet będąc w Radżastanie polecano nam zaopatrzyć się tutaj w przyprawy. Jednak kuchnia południa nie przypadła nam tak bardzo do gustu jak klasyczne dania z północy kraju. Co nie znaczy, że nie było smacznie. Występuje jasne rozgraniczenie: chlebki naan na północy, a ryż na południu. Południe słynie też z dosów – olbrzymich, kruchych i cienkich jak papier naleśników z soczewicy i fermentowanej mąki ryżowej. Były przepyszne i długo ich nie zapomnimy, pewnie zbyt szybko ponownie nie spróbujemy (pomysł na biznes?).
W związku z bogactwem produktów popularne są tutaj również wszelkiej maści kursy gotowania dla turystów. Zdecydowaliśmy się również na jeden z nich, u znanej kucharki polecanej w przewodniku. Sporo się nauczyliśmy w temacie gotowania indyjskich potraw, ale mniej było w tym przyjemności, a więcej ciężkiej pracy. 3 godziny gotowania, aby na koniec usiąść do stołu. Niestety jedno z nas zapłaciło za to doświadczenie bardzo wysoką cenę. Następnego dnia, z samego rana, Dominika czuła się paskudnie i musieliśmy sięgnąć do głębokich zapasów naszej apteczki, a i to nie pomogło. Ale o tym w dalszej części.
W góry! Kumily i okolice
Po felernym kursie gotowania musieliśmy opóźnić nasz transport do kolejnego punktu wyprawy, czyli wioski Kumily położonej w górach zachodniej Kerali. Na początku planowaliśmy pojechać tam autobusem, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się na prywatny transport. Nawet w pełni sił nie chciałbym jechać jednym z tych autobusów, które po drodze mijaliśmy. Bez okien, obite z każdej strony, wyglądały, jakby transportowały więźniów do zakładu karnego. Do tego pędziły jak szalone serpentynami, nieraz o mały włos nie wjeżdżając na czołówkę z innymi samochodami. Trasa do Kumily zajmuje około 5 godzin, więc nie życzyłbym tego doświadczenia nikomu. Nawet autem było to ciężkie doświadczenie, zwłaszcza że Dominika czuła się paskudnie.
Po drodze do górskiego rejonu Kerali, wspinając się coraz wyżej, mijaliśmy olbrzymie plantacje drzew kauczukowych. Drzewa przywieźli do Indii z Brazylii Anglicy jeszcze w XIX wieku, a dziś Indie są jednym z większych producentów kauczuku, chociaż głównie na własne potrzeby. Wilgotny klimat i umiarkowana temperatura sprzyjają uprawie nie tylko kauczukowca – dostrzegliśmy też mnóstwo dorodnych owoców i warzyw na przydrożnych targowiskach.
Nasz oryginalny plan na górski obszar Kerali zakładał trekking w dżungli w Parku Narodowym Periyar i wodne safari na jeziorze o tej samej nazwie. W związku ze stanem zdrowia Domi, a także z paskudną pogodą (padało non-stop), zaniechaliśmy tych planów. Zamiast trekkingu spędziliśmy relaksujące dwa dni na:
- Oglądanie ptaków i wielkich wiewiór dekańskich (malabar giant squirrel) z balkonu naszego pokoju. Zatrzymaliśmy się w Chrissies Hotel, który prowadził przemiły gospodarz, a pokoje miały balkony skierowane na pobliski park.
- Wybraliśmy się też na zwiedzanie ogrodu z przyprawami, co było bardzo pouczające, ale zapamiętałem głównie, że gdziekolwiek nie spojrzeliśmy, rósł kardamon :). Ciekawym doświadczeniem było próbowanie liści lub kwiatów znanych przypraw i porównywanie smaków.
- Na koniec odwiedziliśmy plantacje herbaty Connemara. Sama prezentacja procesu produkcji była bardzo ciekawa, natomiast herbata i widoki nie należały już do najlepszych. Około 10 lat wcześniej byłem na plantacji herbaty w Malezji – tam wyjaśnienie procesu pozostawało wiele do życzenia, za to herbata była wyśmienita, a widoki przepiękne. Można powiedzieć, że po tej dekadzie skompletowałem herbaciane doświadczenia. Jeśli ktoś nie miał przyjemności zobaczyć, jak uprawia się i produkuje herbatę, to na pewno warto odwiedzić Connemarę.
Pro tip: W pobliżu Kumily znajduje się bardzo dużo ogrodów z przyprawami, my zdecydowanie polecamy Abraham’s Spice Garden. Właściciel jest przemiły, dobrze mówi po angielsku, można u niego też kupić przyprawy (także małe mixy, idealne na prezenty). Dodatkowym plusem jest bliskość plantacji herbaty, więc obie atrakcje możemy połączyć w jedną tuk-tukową trasę.
Po tych relaksujących dniach przyszła pora na ostatni przystanek w naszej podróży po Kerali, czyli nadmorską Varkalę. Ponownie skorzystaliśmy z prywatnego transportu, a po drodze szukaliśmy przychodni lub szpitala, bo Dominika od opuszczenia Kochi praktycznie nic nie jadła, a kolejne antybiotyki nie przynosiły żadnej poprawy.
Varkala – rekonwalescencja nad Morzem Arabskim
Nasz pobyt w Varkali rozpoczął się od pojechania tuk-tukiem do jednego z prywatnych szpitali w okolicy. Jak wspominaliśmy na początku, ten stan może pochwalić się wysoką jakością służby zdrowia. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że jakieś 2/3 placówek medycznych (oczywiście ten współczynnik nie jest poparty żadnymi faktami, tylko subiektywnymi wnioskami z przeglądania Google Maps) zajmuje się medycyną tradycyjną, czyli ajurwedą. Po dłuższym szukaniu namierzyliśmy prywatny szpital w Varkali, który miał całkiem dobre opinie i nie wyglądał, jakbyśmy mieli opuścić go w gorszym stanie niż przyszliśmy. Na miejscu okazało się, że przypomina bardziej placówkę na końcu świata niż szpital, jaki wyobrażamy sobie w Europie, ale darowanego koniowi nie zagląda się w zęby. Trzeba przyznać, że wywiad, badanie krwi wraz z oczekiwaniem na wyniki i ponowna konsultacja z lekarzem zajęły tylko parę godzin, a przyjemność kosztowała mniej niż 100 złotych, wliczając koszt leków. Lekarzowi asystowała cały czas pielęgniarka (możliwe, że ze względu na fakt, że pacjentką była kobieta), a on sam non stop przełączał się między hindi a angielskim, przez co trudno było go zrozumieć. Najważniejsze, że przepisany antybiotyk szybko zaczął działać i przez następne dni Dominka odzyskiwała siły i mogła już powoli przyjmować jedzenie.
Pro tip: Dobrze wyposażona apteczka to podstawa, ale czasem i to nie wystarcza, a eksperymentowanie i leczenie się z dr. Googlem nie jest najlepszym rozwiązaniem. Lepiej nie wzbraniać się przed skorzystaniem z profesjonalnej opieki, nawet w mniej cywilizowanych częściach świata.
Mając już najważniejsze za sobą i trzymając kciuki za wyzdrowienie, niespiesznie zwiedziliśmy Varkalę, a właściwie jej nadmorską część. Zobaczyliśmy znane, rude klify Varkali, które okazały się troszkę małe, aczkolwiek urokliwe. Przespacerowaliśmy się też bardzo długą, a w wielu miejscach dziką plażą.
Na koniec udaliśmy się na zajęcia medytacji i jogi, podczas których przy jednej z pozycji prawie złamałem (a może i definitywnie?) żebro, które leczyłem przez następne dwa miesiące. Cóż, ewidentnie Indie dawały nam jasne sygnały, że czas kontynuować naszą podróż poza ich granicami. Nie zignorowaliśmy tych znaków i zgodnie z planem udaliśmy się pociągiem do Ernakulam, a stamtąd na lotnisko w Kochi, skąd polecieliśmy do Male. Nadszedł czas na długo oczekiwany relaks!
































Dodaj komentarz