26.11.2025 – 29.11.2025 + 16.12.2025
Spis Treści:
- Mumbaj – z Szantaram za przewodnika
- Slumsy Dharavi – Patyna nowoczesności się odkleja
- Dogrywka – Bollywood od kulis
MumbaJ – z Szantaram za przewodnika
Mumbaj miał być dla nas przełamaniem w walce z Indiami i po części nim był. Jadąc z lotniska do Kolaby, na horyzoncie jawiły nam się wieżowce, a dość sporą odległość pokonaliśmy w dużej części drogami ekspresowymi i długimi mostami. Mumbaj (za czasów imperialnych nazywany Bombajem) został zbudowany, łącząc stały ląd z wyspami i wręcz wyrywając teren Morzu Arabskiemu. Przykładowo, dzisiejsza Kolaba była początkowo wysepką, a jej szeroki Causeway w XIX wieku — mostem. Dzisiaj ciężko sobie to wyobrazić, patrząc na tę szeroką arterię. Przy alejach rosną potężne drzewa, a duże chodniki nadają się nawet do chodzenia! Jakże miła odmiana od suchego, żółtego i ściśniętego Radżastanu. Oczywiście nie wszystko malowało się tak pięknie. Jeszcze po drodze autostradą dostrzec mogliśmy slumsy, a szerokie chodniki zajęte były w dużej mierze przez sprzedawców. Wciąż był to dla nas świeży oddech cywilizacji.
Przed przyjazdem czytaliśmy „Szantaram„, czyli kultową już książkę o byłym australijskim więźniu, który ucieka do Bombaju, aby rozpocząć tam nowe życie. Książka ciekawie wprowadza czytelnika w świat i kulturę Indii i pomaga ich lepiej zrozumieć. Zdecydowanie polecamy każdemu, kto wybiera się do Indii, a już na pewno tym, którzy na cel obierają dzisiejszy Mumbaj.
W Kolabie obowiązkowo odwiedziliśmy legendarny bar Leopold, zjedliśmy sporo dobrego jedzenia i spróbowaliśmy irańskiego przysmaku – bun maska, czyli słodkiej bułeczki z masłem. Mumbaj zamieszkiwany jest przez ludzi z różnych części świata. Będąc biznesowym centrum Indii, miasto to przyciągało imigrantów z pobliskich krajów arabskich a także z odległych Chin. Znajdują się w nim też duże społeczności chrześcijańskie.
Za „namową” Lonely Planet poszliśmy też do muzeum historii Chhatrapati Shivaji Maharaj Vastu Sangrahalaya, które szczególnie nas nie zachwyciło, ale można było dowiedzieć się trochę o hinduizmie i buddyzmie, historii Mumbaju i zobaczyć archiwalne zdjęcia z czasów Imperium Brytyjskiego.
Slumsy Dharavi – Patyna nowoczesności się odkleja
W Mombaju zdecydowaliśmy się również na wycieczkę po slumsach Dharavi, największych w mieście, o populacji szacowanej na milion mieszkańców. Slumsy te są wyjątkowe, ponieważ bardzo dobrze prosperują tam różne biznesy, których roczny obrót przekracza miliard dolarów. W czasie zwiedzania slumsów przewodnicy skupiają się właśnie na części przemysłowej. Było to niezwykle pouczające, dogłębne doświadczenie. Większość biznesów jest niestety wykorzystywana przez duże korporacje, które zgarniają znaczącą część zysków, podczas gdy pracownicy w slumsach harują po 16 godzin dziennie, 6 dni w tygodniu, na kilku metrach kwadratowych. Miejsce pracy jest też ich miejscem zamieszkania, ponieważ najczęściej nie stać ich na wynajem kawałka podłogi.
Główne gałęzie przemysłu prowadzonego w slumsach to:
- recykling plastiku,
- szycie ubrań (które trafiają później do Inditexów, gdzie doszywane są metki),
- garbarstwo,
- ceramika.
Wąskie uliczki przyprawiają o klaustrofobię, nielegalne nadbudówki chat pną się do góry, a śmieci i szczury są wszechobecne. Więzienia w krajach zachodnich oferują dużo lepsze warunki życia, a jednak ponad milion ludzi zdecydowało się przeprowadzić do Dharavi oraz założyć tam rodziny. Niestety realia są takie, że w Mumbaju można wylądować dużo gorzej niż w slumsach, a wśród slumsów Dharavi jest jednym z lepszych. Dla wielu mieszkańców miasta to bardzo pożądane miejsce do życia ze względu na niskie koszty utrzymania oraz możliwość pracy.
Po opuszczeniu slumsów długo nie mogliśmy się otrząsnąć z tego doświadczenia i każde z nas musiało przeprocesować w sobie to, co zobaczyliśmy.
Po paru dniach spędzonych w Mumbaju nadeszła pora na dalszy etap podróży po Indiach, czyli dalej na południe do stanu Kerala. Do Mumbaju zamierzaliśmy jeszcze wrócić na jedną noc przed powrotem do Polski. Planowaliśmy wtedy pożegnać się na dobre z Indiami oraz zobaczyć, jak kręcą filmy w Bollywood!
Dogrywka – Bollywood od kulis
Wracając z Malediwów, zatrzymaliśmy się na jeden dzień w Mumbaju, skąd mieliśmy już lot do Polski. Połączenia między stolicą tego wyspiarskiego kraju a Indiami są bardzo dogodne i atrakcyjne cenowo. Chcąc wykorzystać ostatnie momenty podróży, wybraliśmy się na wycieczkę do studia filmowego. Jak wiadomo, Bollywood w Indiach to potęga na miarę Hollywood, a sam Mumbaj jest jej centrum. Natomiast w przeciwieństwie do amerykańskiego pierwowzoru w Indiach zamiast kilku gigantycznych studiów filmowych (np. Warner Bros) istnieje ogrom malutkich studiów, które realizują albo mniejsze seriale, albo tylko części superprodukcji.
Popularnym formatem są miniseriale skrojone pod Tik-Toka, tak zwane Micro Dramas, w których cała akcja trwa od 1 do 2 minut. Oczywiście idealnie wpasowują się w doom-scrolling i są łatwo realizowane w równie mikro-studiach. Studio, które odwiedziliśmy, znajdowało się na obrzeżach Mumbaju i panował w nim chaos, do którego wciąż nie potrafiliśmy przywyknąć. Rekwizyty walały się wszędzie, niezabezpieczone kable kłębiły się na ziemi, a gołe druty były dosłownie włożone do gniazdek. Totalny harmider tylko na moment ucichał, gdy kręcona była scena. Odwiedziliśmy parę scenografii i na żywo mogliśmy obserwować aktorów. Na koniec był quiz z wiedzy o kinematografii oraz pokaz tańca bollywoodzkiego (tak, musieliśmy też dołączyć do tancerzy…).
Kilka lat wcześniej mieliśmy przyjemność odwiedzić studio Warner Bros w Hollywood. Te dwa doświadczenia miały więcej różnic niż podobieństw. W USA wszystko było pięknie wyreżyserowane i dosmaczone. Plan wycieczki był dopracowany niemal do perfekcji i czuć było magię kina. W Indiach wycieczka zbliżyła nas do aktorów i prawdziwej pracy w studiu – dosłownie na wyciągnięcie ręki. Zabrakło magii kina, za to do dzisiaj nie mogę zrozumieć, jak w takich warunkach można realizować kinowe superprodukcje. Może to jest właśnie masala magic? Z tą myślą opuściliśmy egzotyczne i niepojęte dla nas Indie, wracając do europejskiego życia, o którym zdążyliśmy już zapomnieć.











































Dodaj komentarz