Taj Mahal

Trudne Indii początki

Taj Mahal

Trudne Indii początki

18.11.2025 – 21.11.2025

Spis Treści:

  1. (New) Delhi
  2. Agra przeraza, a Taj Mahal chowa się za smogiem
  3. Delhi w trybie ekspres

(New) Delhi

Do hotelu, zlokalizowanego w starej dzielnicy Paharganj, bardzo blisko dworca New Delhi, dotarliśmy późnym wieczorem. Wystarczyło nam czasu na kolację w zaskakująco dobrej hotelowej restauracji. A to bardzo nam spasowało, ponieważ okolica wyglądała jak po przejściu armii i nie mieliśmy ochoty po nocy szukać jedzenia. Dzielnica w przewodniku opisana jest jako „nie dla pierwszych bywalców w Delhi”. Nie posłuchaliśmy i mentalnie zaczęliśmy się przygotowywać do starcia z indyjską koleją i Agrą kolejnego dnia.

Agra przeraza, a Taj Mahal chowa się za smogiem

Następny dzień rozpoczęliśmy pobudką przed 5:00 rano, herbatką i „spacerem” na pobliski dworzec. Chociaż było to tylko 10 minut pieszo, to przetestowało nasze nerwy, gdy próbowaliśmy przejść pomiędzy śmieciami, autami, straganami i ludźmi. W tej części Delhi nie ma za dużo chodników, a jeśli już są, to często są na nich albo sprzedawcy albo bezdomni. Ewentualnie masa śmieci, po których nikt nie ma ochoty chodzić (a nóż wyleci z nich tłusty szczur…). W efekcie często lepiej jest iść drogą, dokładnie tak jak lokalesi. Oczywiście, piesi mają najniższy priorytet, więc lawirując między autami, skuterami i tuk-tukami trzeba uważać, bo kierowcy nie mają skrupułów i nigdy się nie zatrzymują.

Dworce w Indiach okazały się dla nas nowym poziomem chaosu i zaniedbania. W głowach mieliśmy wspomnienia z Azji Centralnej, gdzie kolej to rodzaj świętości, oraz z Chin, w których dworce kolejowe przypominają terminale lotniskowe. Indie leżą na drugim końcu spektrum. Szczury, śmieci i bezdomni. Wszystko wygląda tak zapuszczone, jakby nie było sprzątane od czasu budowy jeszcze za czasów imperialnych. Jako że byliśmy dość wcześnie, to przyszło nam tam trochę poczekać, zanim weszliśmy do pociągu o troszkę lepszym standardzie niż budynek, z którego odjeżdżał.

Już na miejscu Agra przywitała nas chaosem nie z tej ziemi. Taksówkarze nas osaczyli, więc nie wiele myśląc, uciekliśmy szybko w bok, gdzie po dłuższych negocjacjach wybraliśmy kierowcę tuk-tuka, który wydawał się najmilszy i najmniej kombinował. Oczywiście, po przejechaniu 500 m zatrzymał się na poboczu i zaoferował nam wycieczkę po całej Agrze, a swoją reputację podparł kilkoma filmikami z recenzjami po polsku od naszych rodaków. Widząc, jaki panuje tam chaos, w końcu się zgodziliśmy, żeby nie szukać za każdym razem kolejnego tuk-tuka. Jak później się przekonaliśmy, Hindusi prawie zawsze robią interes na interesie i ciągle próbują coś dosprzedać. Na palcach jednej ręki możemy policzyć sytuacje, gdy ktoś był miły bezinteresownie. Natomiast gdy nie chcieliśmy skorzystać z dodatkowych usług, to strasznie się obrażali i na tym kończyła się ich „bezinteresowna” pomoc. Było to przeciwieństwem naszych doświadczeń z Azji Centralnej, gdzie ludzie byli prawdziwie życzliwi.

Zwiedzanie Agry rozpoczęliśmy oczywiście od Taj Mahal. Ten jeden z najpiękniejszych i najbardziej znanych budynków świata chroniony jest od chaosu Agry dużym ogrodem. Sam budynek, mauzoleum dla żony jednego z władców miasta, robi spore wrażenie, zwłaszcza z daleka. Jawił nam się lekko zamglony za wszechobecnym smogiem, chociaż chyba i tak mieliśmy szczęście i powietrze tego dnia było dość przejrzyste. Otaczające go ogrody są niestety zaniedbane i Taj Mahal mocno kontrastuje z nimi. Z bliska mauzoleum jednocześnie nas oszołomiło i rozczarowało. Faktycznie, zdobienia marmuru, polegające na wklejaniu bardzo płaskich szlachetnych kamieni w marmurowe płytki i polerowaniu do uzyskania gładkiej powierzchni, są niesamowite. Gdy weźmiemy pod uwagę ilość takich płytek i kunszt wykonania, to łatwo można zrozumieć, dlaczego Taj Mahal jest jednym z cudów świata. Główna komnata grobowca również robi wrażenie precyzją rzeźbienia marmuru w witrażowe motywy. Z drugiej strony (tak, zawsze jest druga strona medalu) sama bryła Taj Mahal pozostawia wiele do życzenia. Hindusi zachwycają się faktem, że wygląda on tak samo z każdej strony. Naszym zdaniem czyni go to nudnym. Budynek jest ogromny, a w środku jest tylko parę małych komnat i korytarzy. Poza główną komnatą grobowca reszta z nich wygląda nad wyraz pospolicie. Dodając do tego zaniedbane ogrody, ostateczne wrażenie pozostawiło lekki smak goryczy w ustach.

Po wizycie w Taj udaliśmy się do znanej kawiarni Sheroes Hangout Cafe, prowadzonej przez kobiety, które przeżyły ataki kwasem. Kawiarnia ma na celu zwiększenie świadomości na temat ataków kwasem oraz wzmocnienie ich ocalałych. Działa w ciekawy sposób, ponieważ nie ma cen w menu, a za jedzenie płacimy tyle, ile uważamy za stosowne, w ten sposób wspierając społeczność. Warto odwiedzić, ponieważ poza wartością społecznościową oferują bardzo smaczne jedzenie.

Gdy już odzyskaliśmy siły i zaspokoiliśmy głód smacznym paneer butter masala, przyszła pora na Agra Fort, w którym największą atrakcją jest główna brama oraz widok na daleki Taj Mahal z balkonów. W tym samym miejscu resztę swojego życia spędził Shah Jahan po tym, jak jego własny syn wrogo przejął tron i uwięził go w forcie.

Objazdowa wycieczka objęła również „Mały Taj Mahal”, który ujął nas mocniej niż jego młodszy, bardziej znany brat. Spokojniejszy, paradoksalnie z lepiej zadbaną okolicą, a równie ładnymi zdobieniami.

Po „zaliczeniu” głównych atrakcji zaczął się etap dosprzedawania. Na początku nasz kierowca powiedział, że weźmie nas do miejsc, gdzie będziemy mogli zobaczyć proces zdobienia marmuru oraz plecenia dywanów. I fakt, zabrał nas najpierw do sklepu, gdzie krótko pokazali nam jak powstają zdobione płytki m.in. na potrzeby renowacji Taj Mahal a następnie próbował nam sprzedać marmurowy stolik za 400$, marmurowe pudełeczka za 90$, aby w końcu się obrazić, że nic nie chcemy kupić, a on ma takie wspaniałe rzeczy, które byłyby dowodem miłości dla mojej żony. Kolejny był jubiler, który chciał nam wcisnąć tandetną biżuterię za zbyt wiele rupii. Po nim przyszła pora na sari, koszule, chusty z paszminy. Akurat w tym przypadku sprzedawczyni była o niebo milsza i w końcu zdecydowaliśmy się na jeden szal. Nasz kierowca też stracił zapał i jego uprzejma natura zaczynała wyparowywać z każdym opuszczanym sklepem. Fakt, że nie zakupiliśmy tego stołu za 400$, ewidentnie go mocno zasmucił. Ostatnim przystankiem był malutki sklepik z przyprawami, gdzie napiliśmy się wspaniałej masala chai, czyli czarnej herbaty z przyprawami gotowanej na mleku. Po tej rundzie sklepów zostaliśmy odwiezieni na dworzec.

Bogatsi o nowe doświadczenia, wzmocnioną asertywność, masalą chai i szalikiem przemęczyliśmy się 3 godziny w pociągu do Delhi. W hotelu starczyło nam tylko siły na prysznic i padliśmy wykończeni spać. Zaczynaliśmy sobie zdawać sprawę, że Indii nie da się zwiedzać intensywnie. Chaos, dźwięki, ludzie, krowy – to wszystko atakuje nasze zmysły z każdej strony i wykańcza psychicznie. Indię należy sobie dawkować.

Pro tip: Selfie sticki to wielkie no-no w Indiach, prawie wszystkiego atrakcje, które odwiedziliśmy ich zabraniały, tak samo jak statywów, nawet malutkich. Czasem udało się je przemycić (wiadomo później nie używaliśmy), ale często musieliśmy zostawiać bagaż w schowkach.

Na koniec ciekawostka, dzień w którym pojechaliśmy zwiedzać Agre odbywał się tydzień dziedzictwa kulturowego i wstęp do wszystkich atrakcji w Agrze był darmowy. My chcąc uniknąć kolejek kupiliśmy bilety na Taj i Fort parę dni wcześniej przez Internet. Oczywiście na stronie nie było o tym informacji…

Delhi w trybie ekspres

Drugi dzień spędziliśmy na bardzo powierzchownym zwiedzaniu New Delhi. Początkowo mieliśmy spędzić tutaj 2 dni, ale przez zmianę lotu z Kathmandu ograniczyło się to do jednego. I raczej dobrze, bo nie chcieliśmy spędzać tam więcej czasu. Skierowaliśmy się na południe, żeby zobaczyć Bramę Indii – olbrzymi łuk triumfalny wybudowany za czasów imperium brytyjskiego, a naprzeciw niego olbrzymia aleja i park. Park ogrodzono łańcuchem z potężnymi kolcami, a na trawie zauważyliśmy znaki zakazujące wchodzenia na nią. Po szerokiej asfaltowej drodze już można było się poruszać. Całość miała ewidentnie robić wielkie wrażenie, a nie służyć mieszkańcom. Obrazu dopełnił hindus czyszczący chodnik szczotką na kolanach. W całym Delhi pełno było śmieci, ale tutaj chodniki były szorowane do połysku.

W parku zaczepił nas mieszkaniec Delhi, polecając, abyśmy uważali na smog. Mówił, że mieszkańcy są przyzwyczajeni i odporni. A teraz powietrze jest zanieczyszczone przez fajerwerki odpalane w czasie świętowania Diwali. Pokiwaliśmy głowami i uspokoiliśmy go, że kolejnego dnia już wyjeżdżamy. Nie chciałem się wdawać w dyskusję, że Diwali było ponad miesiąc wcześniej. Smog w Delhi zabija ogromne ilości ludzi, szacuje się, że około 17 000 osób rocznie.

Kolejnym przystankiem był Plac Connaught, który myśleliśmy, że jest nowoczesną, ładną częścią miasta, a wiele nie odbiegał od tego, co widzieliśmy wcześniej. Za to bardzo ciekawy był pobliski akwedukt, zarazem rodzaj studni do której można zejść po schodach. W Delhi jest ich bardzo dużo i są swego rodzaju miejską oazą.

Chodząc po mieście zaczęliśmy dostrzegać problem znany nam już z Kathmandu, mianowicie brak sklepów. W tym potężnym mieście, stolicy ponad miliardowego kraju, nie było sklepów spożywczych, nie licząc małych straganiarzy. Delhi nie nadawało się też do chodzenia: ciągle lawirowanie między ruchem ulicznym i sprzedawcami, skutery jeżdżące chodnikami, roboty drogowe blokujące całe przejścia i samochody. Jednoślady, trójkołowce o mały włos nie odbierające życia pieszym. To miasto próbuje zabić swoich mieszkańców na każdym kroku i nie zna litości. Dlatego z niecierpliwością oczekiwaliśmy wydostania się z niego kolejnego dnia. Nie przeczę, że w Delhi mogą być ciekawe miejsca, ale nie starczyło nam determinacji i małej dozy masochizmu, aby ich szukać.


KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

NAJNOWSZE WPISY