11.11.2025 – 13.11.2025
Spis Treści:
- Dzień 14: Dole 4110 m -> Namche 3440 m
- Dzień 15: Namche 3440 -> Lukla 2860 m
- Dzień 16: Lukla 2860 m -> Kathmandu 1350 m
- Krótkie podsumowanie
Dzień 14: Dole 4110 m -> Namche 3440 m
Dzień rozpoczęliśmy ciężkim porankiem. W nocy strasznie wiało, a rano było bardzo wilgotno i zimno. Niby tylko 4100 m, a gorzej się wstawało niż w Tangnak czy Gokyo na 4900 m. Wyruszyliśmy po 8:00 i stopniowo, lecz konsekwentnie zostawialiśmy za sobą ostatnie widoki na wysokie góry. Chociaż docelowo mieliśmy zejść na 3400 m, to musieliśmy też pokonać Przełęcz Mong na wysokości prawie 4 tysięcy metrów, więc trasa prowadziła tylko w dół. Po drodze zobaczyliśmy narodowego ptaka Nepalu oraz kozicę. Trochę na pocieszenie, bo przez cały trekking nie widzieliśmy wielu zwierząt (nie licząc tych pociągowych). Tuż przed Namche odbiliśmy na Memoriał Polskich Himalaistów, skąd można było też zobaczyć Everest, Lhotse, Nuptse i Ama Dablam (już ostatni raz…). To naprawdę piękne miejsce i cieszyliśmy się, że udało nam się je odwiedzić.
Ganesh chyba chciał odbudować swoją reputację, ponieważ na noc w Namche zatrzymaliśmy się w lepszym pokoju z prysznicem! Tylko ciepła woda była na solar i gdy biedna Domi brała prysznic, to słońce już zachodziło, co poskutkowało lodowatym strumieniem wody. Gdyby tylko mogli nam o tym wcześniej powiedzieć…
Namche to turystyczny hub i tym razem, śpiąc w centrum wioski oraz braku ulewnego deszczu, mogliśmy je w końcu zobaczyć. Odwiedziliśmy aptekę w celu zakupienia maści na oparzenia i słynną kawiarnię Sherpa Barista, którą wszyscy zachwalali (i słusznie, w końcu napiliśmy się KAWY!). W wiosce dość łatwo można było podzielić turystów na tych, którzy dopiero zaczynają przygodę i jeszcze nie wiedzą co ich czeka oraz wracających, zmęczonych, przybrudzonych, ale szczęśliwych. My dość jasno wpasowywaliśmy się do drugiej grupy.
Najciekawsza sytuacja miała miejsce na koniec dnia, gdy przewodnik zapytał czy braliśmy prysznic, bo nie jest wliczony w pakiet wycieczki, chociaż jest w cenie pokoju i każdy pokój był w niego wyposażony… ciekawe ile mielibyśmy za niego zapłacić.
Dzień 15: Namche 3440 -> Lukla 2860 m
Ostatni dzień trekkingu to była harówka, 20 km, 1300 m w dół i 700 w górę, a widoki marne, bo opuściliśmy już wysokie góry. Obawialiśmy się tego dnia w związku z naszymi ciężkimi plecakami, ale w praktyce nie było tak źle. Świadomość, że to ostatni dzień motywowała do ruchu. Wystarczy dodać, że z całego dnia mamy tylko 3 zdjęcia, z czego jedno z kolacji.
Wieczorem świętowaliśmy przy piwku, a później odbyliśmy szczerą rozmowę z Ganeshem. Oczywiście nic nie pojął, a później poszedł się napić, bo kolejnego dnia waliło od niego jak z gorzelni. My natomiast byliśmy szczęśliwi, że to już koniec i nie ukrywam, że również dumni z tego osiągnięcia.
Dzień 16: Lukla 2860 m -> Kathmandu 1350 m
Nasz lot planowany był na 10:30, przewodnik twierdził, że polecimy dopiero około 12, więc nie ma się co spieszyć. Uparliśmy się, żeby wyjść wcześniej na lotnisko, oddalone tylko 10 minut pieszo od hotelu. I dobrze się stało, bo gdy po 8:00 Ganesh przyleciał po nas wołając, że dzwonili z lotniska i lecimy za chwilę, to byliśmy już spakowani i gotowi do wyjścia. W pośpiechu udaliśmy się na terminal, nadaliśmy bagaż i oczekiwaliśmy na nasz samolot. Co ciekawe, w Lukli nie ma żadnej tablicy z rozkładem i numerami lotów. Na bilecie jest tylko data bez godziny. Ludzie stłoczeni przy jedynej bramce, patrzą jaki samolot przyleciał (kolor i oznakowania) i na tej zasadzie wnioskują czy teraz będą wsiadać. U nas poszło sprawnie: o 9:00 siedzieliśmy już w samolocie i ruszaliśmy z pasa startowego. Dzień wcześniej Ganesh kierowany swoim, jak to mawiał, długoletnim (dokładnie sześcioletnim) doświadczeniem sugerował śniadanie o 8:30 i wyjście o 9:00…
Wracając do samolotu, bo to jest istotna sprawa:
- Lotnisko w Lukli jest jednym z najniebezpieczniejszych na świecie. Pas startowy ma tylko około 500 m, a jego nachylenie to 12%. Sam lot to wydarzenie samo w sobie.
- Nasz pilot wyglądał jak z planu „Top Gun” – to ten sam co wkurzył się w dzień naszego wylotu z Kathmandu, że ciągle zamykają Lukle. Ten fakt nas uspokoił.
„Maveric” ustawił samolot na pasie, rozpędził śmigła do maksimum i ruszył z górki. Oczekiwałem na poderwanie samolotu, ale to się nie stało. Po prostu zjechał ze pasa w przepaść i zaczął lecieć! Po chwili grozy mogliśmy już podziwiać widoki gór i rzucić ostatnie spojrzenie na Everest. Do Kathmandu dolecieliśmy bez problemów.
W drodze do hotelu, stojąc w koszmarnych korkach, odbyliśmy jeszcze rozmowę z szefem agencji, a później już tylko ciepły prysznic, relaks, jedzenie, pamiątki, piwo 🙂 Trochę przeraziliśmy się, ile schudliśmy podczas tej wyprawy, ale na szczęście nie było wagi, bo woleliśmy tego nie sprawdzać. Przez kolejne dni zamierzaliśmy odzyskać siły, zrobić pranie, dogłębnie doczyścić sprzęt i pozwiedzać trochę miasto Kathmandu.
Krótkie podsumowanie
Trekking zaskoczył nas w paru aspektach, część była oczywista, ale dopiero po jego ukończeniu:
- Przewodnictwo – to chyba największy temat, niestety standardy przewodników są niskie i wielu turystów na nie narzeka. Z perspektywy czasu mogliśmy iść sami, wiem że dalibyśmy radę się przygotować. Jest dużo materiałów i książek, trasa też jest oznaczona, a ilość ludzi duża, więc nie ma co się martwić. Wzięliśmy przewodnika, aby wesprzeć lokalną społeczność i poczuć się bezpieczniej, ale potem żałowaliśmy. Po pierwsze, przez jego lenistwo i kombinatorstwo (np. szukanie najtańszych noclegów, bo reszta kasy lądowała u niego w kieszeni). Do tego brak profesjonalizmu, już nie mówiąc o piciu. W efekcie więcej przeszkadzał niż pomagał. Zalecamy, aby w miarę możliwości odbyć dłuższą rozmowę z przewodnikiem przed trekkingiem (a nie tylko z szefem agencji), żeby sprawdzić jego kompetencje, podejście do ludzi i angielski. Warto nie oszczędzać na agencji, jeśli już na nią się decydujemy, bo wtedy komfort noclegów jest dużo wyższy, a zdecydowanie przydaje się to przy tak długim trekkingu.
- Trudność – ten trekking nie jest bardzo trudny w kontekście terenu, oczywiście dużo zależy od warunków, pogody, ale jeśli ma się doświadczenie w różnym terenie (sypki żwir, błoto, skalne półki i kominki, a także zimowe Tatry) to trudności nie zaskoczą. Główne problemy to wysokość – nasz organizm się nie regeneruje, traci masę mięśniową. Jedzenie jest bardzo ubogie, im wyżej tym gorzej. Zalecane jest ograniczenie się do posiłków wegetariańskich ze względu na niepewną jakość mięsa. Do tego warunki w lodge’ach z mroźną wodą, zimnem i wilgocią. A finalnie długość trekkingu. To męczy fizycznie i psychicznie, więc po wyprawie odkryliśmy, że nogi nas nie bolą, ale jesteśmy bardzo zmęczeni. 15 dni to dla nas trochę za dużo i w przyszłości będziemy celować w krótsze trasy.
- Plecak – uważam, że dobrze się spakowaliśmy, sporo patentów się sprawdziło (warto było wziąć porządną pałatkę przeciwdeszczową, chociaż trochę wazyła, czy też chusteczki do mycia na sucho). Dobry, ciepły, puchowy śpiwór to podstawa, oprócz tego merino do spania i na zimne dni wysoko w górach. Można było jeszcze lekko zoptymalizować kosmetyki i potencjalnie zrezygnować z drugich cieńszych spodni, ale to był nasz mały luksus. Na przyszłość zabrałbym też jedną cienką koszulkę przeciw UV z długim rękawem i kapturem zamiast zwykłej koszulki. Mieliśmy też szczęście, bo sporo śniegu który przyniósł monsun zdążyło się ubić, inaczej przydałyby się też stuptupy. W wodę „kranówkę” zaopatrywaliśmy się za darmo w lodge’ach i oczyszczaliśmy tabletkami. Działało to dobrze i nie użyliśmy ani razu filtra. Niezbędne jest zabranie elektrolitów, a na przyszłość wzięlibyśmy też białko w proszku lub Huel’a, aby zwiększyć przyjmowane kalorie.
Na koniec jeszcze raz przypomnienie całej trasy:
























Dodaj komentarz