2.11.2025 – 4.11.2025
Spis Treści:
- Dzień 5: Khumjung 3790 m -> Pangboche 3985 m
- Dzień 6 i 7: Pangboche 3985 m -> Dingboche 4410 m oraz Nangkartshang 5073 m
Dzień 5: Khumjung 3790 m -> Pangboche 3985 m
W końcu słońce i góry! Z okna naszego pokoju widać było majestatyczną Ama Dablam, jedną z najpiękniejszych gór na świecie, więc dzień zaczął się bardzo dobrze. Ama Dablam towarzyszyła nam też przez większość trasy tego dnia. Na początku ostro w dół, aby później rozpocząć strome podejście do Buddyjskiego Klasztoru w Tengboche. Tam po raz pierwszy ukazały nam się Everest, Lhotse, Nuptse i kolejny raz Ama Dablam. Po tym festiwalu górskich szczytów zeszliśmy trochę niżej i przedostaliśmy się mostem na drugą stronę rzeki, skąd ponownie wyłoniło się Ama Dablam. Jak to zawsze bywa, po zejściu do mostu należy odrobić straconą wysokość, więc rozpoczęliśmy ponowne podejście setki metrów w górę i dostaliśmy się do Pangboche, znajdującego się na 3985 m n.p.m.
Trasa do Pangboche zajęła nam trochę ponad 4 i pół godziny. Przewodnik dość mocno cisnął, a czasu było sporo, więc zaczęło nas to irytować i chyba sami będziemy musieli zadbać o dłuższe przerwy. Dość jasno odczuliśmy, że Ganesh bardzo chce nas przekonać do skrócenia trasy i ominięcie przełęczy, pomimo tego, że warunki się poprawiały i mieliśmy jeszcze sporo dni przed wymagającymi odcinkami.
Mając masę czasu na miejscu udaliśmy się na koniec wioski gdzie mogliśmy zobaczyć Everest i Lhotse wyłaniające się zza chmur. Spotkaliśmy też bardzo sympatyczną parę Polaków przy kawie, która planowała wejście na Ama Dablam. To był pierwszy dobry dzień z pięknymi widokami, oby tak dalej!
Dzień 6 i 7: Pangboche 3985 m -> Dingboche 4410 m oraz Nangkartshang 5073 m
Szóstego dnia zaplanowaną mieliśmy krótką trasę do Dingboche, około 3 godziny. Po dotarciu na miejsce i zostawieniu rzeczy chcieliśmy podejść na memoriał Kukuczki, jakieś 3,5 km od Dingboche. Natomiast w samym Dingboche mieliśmy zostać 2 noce, aby poprawić aklimatyzacje. Trasa obfitowała w piękne widoki Ama Dablam, Lhotse oraz Nuptse. Tego dnia też pierwszy raz przekroczyliśmy granicę 4000 m. Trasa nie była bardzo wyczerpująca, ale finalne podejście na 4300 m powodowało już lekką zadyszkę.
Przewodnik zaprowadził nas do hotelu prawie na samym końcu wioski. Obiekt nie wyglądał obiecująco, a trzeba zauważyć, że Dingboche to całkiem sporo wioska i bardzo turystyczna. Po drodze minęliśmy sporo sklepów, kawiarni i przeróżnych hotelików.
Gdy weszliśmy do pokoju, okazało się, że raz, jest bardzo brudno, a dwa – okno się nie otwiera. Wspólna łazienka wyglądała jak publiczna toaleta. Dobrze, że Dominika zrobiła małą awanturę, ewidentnie Ganesh mocno oszczędzał na naszych noclegach. Po chwili znaleźli nam drugi pokój, w osobnym budynku, który wyglądał już lepiej, miał nawet swoją toaletę. Nie od razu się zorientowaliśmy, że może i kibelek jest, ale nie ma ani spłuczki, ani umywalki. Co gorsza, umywalka była tylko na zewnątrz, na dworze. Sugestią naszego przewodnika było przyniesienie wiadra z wodą… Miarka się przebrała, nastąpiła większa awantura i wyszliśmy poszukać innego hotelu. Jak się okazało daleko nie trzeba było iść, aby znaleźć sensowne lokum, z czystym pokojem i sensowną wspólną toaletą. A i jedzenie było dobre. Z przewodnikiem mieliśmy już kosę, co nie wróżyło dobrze. Zdecydowaliśmy się przełożyć memoriał na kolejny dzień i wybrać się samemu na spacer, aby trochę od siebie odpocząć. Widoki były przepiękne. Wracając zaopatrzyliśmy się w mały zapas snickersów, które drożały z każdą wioską.
Pro tip: kupując coś w wioskach na szlaku trzeba uważać na przeterminowane produkty. Już parę razy zdarzyło nam się dostać snickersa długo po terminie.
Nasz lodge miał jeden minus, cały dzień i aż do północy drzwi frontowe były otwarte i odbywało się wietrzenie. Na przeciw wejścia była toaleta i umywalka, a nasz pokój obok, więc nocne i ranne podróże do toalety nie były najprzyjemniejsze. A było zimno. W pokoju od oddechów robiło się bardzo wilgotno, gorzej niż w namiocie, gdzie łatwiej zadbać o wentylację. Tutaj nie odważył bym się zostawić okna otwartego na noc. Dobrze, że w naszych śpiworach było ciepło.
Drugiego dnia w Dingboche udaliśmy się na pobliski szczyt Nangkartshang o wysokości 5073 m n.p.m., nawiasem mówiąc trasa pokrywała się z punktami widokowymi poprzedniego dnia. Postanowiliśmy odpuścić memoriał i zaatakować górę, aby poprawić naszą aklimatyzację. Droga była ciężka, ale udało się dotrzeć na szczyt. Po drodze walczyliśmy z masą błota, a powyżej 4900 ze śniegiem, wiec potrzebne już były raczki. W sumie nawet bardziej przydawały się na okropnie śliskie błoto niż na śniegu. Ze szczytu Nangkartshang mogliśmy dostrzec Makalu, czyli piąty najwyższy ośmiotysięcznik świata. Czuliśmy się dobrze, z nadzieją patrzyliśmy na kolejne dni i podchodzenie na podobne wysokości z ciężkimi plecakami.


































Dodaj komentarz