16.10.2025 – 23.10.2025
Spis Treści:
- Turecki trójkąt
- Istambuł – ostatni przystanek w Europie
- Kapadocja zwala z nóg
- Izmir, czy tak wygląda prawdziwa Turcja?
- Ruiny w Efezie dla tych którzy nie byli w Akropolu
- Pożegnanie z Turcją
Turecki trójkąt
Turcja chodziła nam po głowie od dłuższego czasu i mieliśmy wysokie oczekiwania wobec tego kraju. Od razu zdradzę, że niecałkowicie się spełniły – zaraz wyjaśnimy dlaczego 🙂
W trochę ponad tydzień zobaczyliśmy:
- Istambuł – olbrzymie, kosmopolityczne miasto znajdujące się na styku Europy i Azji
- Kapadocję – ikoniczny, górski region, którego nie można pominąć podróżując po Turcji
- Izmir – autentyczne tureckie miasto, stanowiące bazę do odwiedzenia starożytnych ruin Efezu.
Istambuł – ostatni przystanek w Europie
To 16-to milionowe miasto geograficznie znajduje się częściowo w Europie, ale mentalnie i kulturowo bliżej mu do Azji. Z samego rana dolecieliśmy bezpośrednio z Krakowa i metrem udaliśmy się do naszego hotelu, w dzielnicy Taksim. Już na początku lekkie zdziwienie, bo nowe metro, które obsługuje główne lotnisko Havalimanı znajduje się około 15 minut szybkim krokiem po wyjściu z lotniska – ewidentnie jest to wynik dobrego planowania 😉 Co więcej, nie jest też połączone ze starym metrem, więc przesiadając się na nie trzeba przejść kolejne dobre 10 minut. W samym wagonie non stop przedstawiane były wielkie inwestycje w infrastrukturę kraju realizowane przez turecki rząd. Zapach propagandy unosił się w powietrzu. Może Azję Centralną zostawiliśmy za sobą, ale w Turcji od razu poznaliśmy podobne strategie.
Po zameldowaniu w hotelu od razu udaliśmy się na poszukiwanie kebaba (nawiasem mówiąc, właśnie ten pierwszy kebab był najlepszym jaki jedliśmy w Turcji), baklawy, kawy po turecku i ogólne zwiedzanie miasta. Zaszliśmy też na Wielki Bazar, który bardzo nas przytłoczył. Dzień zamknęliśmy rocznicową kolacją w ciekawej knajpce serwującej owoce morza. Pierwsze wrażenia – drogo, brudno, chaotycznie. Za to ludzie bardzo mili i mało nachalni, a jedzenie przepyszne.
Drugi dzień rozpoczęliśmy od tureckiego śniadania, które bardzo chcieliśmy spróbować. Sporo naszukaliśmy się odpowiedniej miejscówki, która łączyła cenę i jakość (te polecane na blogach żądały ponad 150 złotych za śniadanie!). Było smacznie, ale ogrom rzeczy do zjedzenia nas przerósł. Preferujemy raczej małe śniadania, więc to starczyło na bardzo długo. Spróbowaliśmy też przeróżnych tureckich potraw i smakołyków. Następnie przyszedł czas na Hagia Sofię i Błękitny Meczet. Po długich rozmyślaniach zrezygnowaliśmy z odwiedzenia Hagi Sofii, 30 euro za wejście to sporo, zwłaszcza, że w planach był jeszcze Efez, który był nienegocjowalną atrakcją. Mierził nas również fakt, że Muzłumanie wchodzili za darmo, a jakby nie patrzeć Hagia Sofia była przez 1000 lat chrześcijańską świątynią. Krakowski centuś wziął górę, dlatego zdjęcia mamy z zewnątrz, a od środka obejrzeliśmy darmowy Błękitny Meczet. Za tą cenę było zdecydowanie warto.
Ostatecznie Istambuł nas nie powalił, nie zobaczyliśmy w nim tego kosmopolitycznego miasta, które wielu urzeka. Było bardzo turystycznie i bardzo tłoczno. Wszędzie widoczna była olbrzymia inflacja – ceny w menu zmieniane były wielokrotnie i bardzo odbiegają od informacji z Internetu. Pomimo metra, komunikacja publiczna nie była wygodna i zajmowała sporo czasu. Jednocześnie taksówki były bardzo drogie. Coś ewidentnie się nie spięło. Turcja miała złe otwarcie.
Kapadocja zwala z nóg
Goreme to prawdopodobnie najlepsza baza do zwiedzania Kapadocji. Stąd można bezpośrednio wyruszyć na trekking, polecieć balonem czy też dostać się do pobliskich miasteczek autobusem. Spędziliśmy w nim 2 noce i prawie całe 3 dni, co w praktyce okazało się wystarczającym czasem. Bardzo pozytywnie zaskoczył nas potencjał trekkingowy Kapadocji. Pierwszego dnia po południu udaliśmy się do Dolin Miłości i Gołębi – bardzo popularnego miejsca na zachód od Goreme. Jeśli same punkty widokowe na przeciekawe formacje skalne są często odwiedzane, to cała trasa już stanowczo mniej. Warto więc zrobić pętelkę o długości około 10 km i rozruszać kości. Akurat w moim przypadku połączyło się to z grypą, więc trasa okazała się dużo bardziej męcząca. Nie wiem czy to widoki powaliły mnie na kolana czy może gorączka, ale na pewno nie żałowaliśmy. Po drodze można też kupić pyszny świeżo wyciskany sok z granatu. Jedynie jego cena jest podobnie powalająca jak formacje skalne…
Kolejny dzień rozpoczęliśmy od wczesnej pobudki, aby zobaczyć festiwal balonów. Zrezygnowaliśmy z podejścia na punkt widokowy i obserwowaliśmy je z tarasu naszego hotelu. Balonów było mnóstwo i aż dziw, że na siebie nie wpadały! Na pewno jest to jedyne w swoim rodzaju widowisko, którego długo nie zapomnimy.
Po krótkiej drzemce i pysznym śniadaniu, udaliśmy się na kolejny trekking, tym razem na wschód od miasta do Dolin Róż i Czerwonej. Te dolinki oczarowały nas jeszcze bardziej niż Dolina Miłości, a jednocześnie są mniej popularne przez co ludzi tyle co turecki kot napłakał. Ponownie wyszło nam około 10 km, więc w sam raz na pół dnia spacerowania. Spodobało nam się tak bardzo, że wróciliśmy tam jeszcze na zachód słońca.
Trzeciego dnia planowaliśmy udać się na jeden z punktów widokowych oglądać balony, ale pogoda się popsuła i nie pozwoliła na ich start, okazało się, że jedyne okienko już wykorzystaliśmy dzień wcześniej. Zostawiliśmy więc rzeczy w hotelu po śniadaniu i pojechaliśmy do pobliskiego podziemnego miasteczka – Kaymakali. To wydrążone w skale pod ziemią całe miasteczko z uliczkami i pomieszczeniami. Takich miasteczek jest w Kapadocji bardzo dużo, a wiele z nich nie jest nawet odkryta i otwarta dla turystów. Fenomen na skalę światową. Tuż po przejściu paru pomieszczeń utknąłem na początku wąskiego tunelu kierującego na niższy poziom. Kolejki ludzi przede mną i za mną oraz perspektywa, że jak ruszę dalej to nie będę miał możliwości wycofu przeraziły mnie tak, że zrobiło mi się słabo. Nowy lęk odkryty. Ironia, że Dominika ma lęk przestrzeni, a ja klaustrofobię. Nie byłem w stanie ruszyć dalej i skończyło się na eksploracji tylko wyższych partii miasta. Z perspektywy czasu uważam, że ilość odwiedzających w danym czasie powinna być jednak kontrolowana, aby unikać tak wielkiej presji i tłoku.
Ponieważ na podziemne miasto zeszło nam dużo mniej czasu niż zakładaliśmy, udaliśmy się autobusem do Avanos na północ od Goreme gdzie wyrabiają produkty z ceramiki. Zakupiliśmy mały kubeczek na pamiątkę i zjedliśmy przepyszne manti w bardzo podejrzanym miejscu prowadzonym przez lokalną babinkę. Może i podejrzenia o rychły najazd sanepidu były słuszne, ale ostatecznie nic nam nie było, a manti wspominamy do dzisiaj. Wróciliśmy do Goreme i podążyliśmy na lotnisko w Kayseri, aby dostać się w nocy do naszego ostatniego przystanku w Turcji, czyli Izmiru. Kapadocja odbudowała mocno nasz wizerunek Turcji i pełniejsi optymizmu niż przed paroma dniami ruszaliśmy dalej.
Pro tip: Lepiej wydać więcej pieniędzy na dzielony shuttle z lotniska do Goreme, niż na taksówkę z lotniska do Kayseri i Flixbus do Goreme, pomimo faktu, że cena Flixbusa bardzo kusi. Taksówki sporo sobie liczą, nawet pomimo małej odległości dworca do lotniska, więc tańszy Flixbus finalnie wcałe nie wychodzi tak ekonomicznie. Wersji z transportem publicznym na lotnisko nie sprawdzaliśmy przez napięty grafik.
Izmir, czy tak wygląda prawdziwa Turcja?
Naszym trzecim odwiedzanym miejscem w Turcji był Izmir. Wybraliśmy go z dwóch powodów, relatywnej bliskość do Efezu oraz autentyczność samego miasta, polecanego przez Makłowicza. Byliśmy bardzo ciekawi jak będzie kontrastował z poprzednimi, bardzo turystycznymi miejscami.
Po dotarciu do naszego Airbnb znajdującego się w okolicach zabytkowej windy, a jednocześnie w niezbyt przyjemnej dzielnicy, zorientowaliśmy się, że w mieszkaniu nie ma wody. Na dodatek jest to zapuszczona melina w suterenie. Była 2:00 w nocy, więc po zebraniu się w garść i wykorzystując mokre chusteczki spakowane do Nepalu odświeżyliśmy się i poszliśmy spać z nadzieją, że ranek przyniesie poprawę sytuacji. Finalnie zostaliśmy w tym mieszkaniu, ale nie był to przyjemny pobyt. Woda wróciła rankiem, a jak dowiedzieliśmy się później – w Izmirze często zdarzają się przerwy w jej dostawie.
Początkowo mieliśmy sporo planów na to miasto, a właściwie jego okolice. Oprócz Efezu chcieliśmy pojechać też na niedalekie plaże i wypocząć. Moja kończąca się, a u Domi rozpoczynająca się grypa, deszczowa aura i ogólne zmęczenie, sprawiły, że skończyliśmy na pospacerowaniu po Izmirze i oczywiście odwiedzeniu Efezu. Sam Izmir ma ciekawy klimat, nieprzypudrowany i prawdziwy, tutaj restauracje i knajpki są dla mieszkańców, a nie turystów. Co pareset metrów można trafić na piekarnię pełną pyszności i obleganą przez lokalesów. Miasto nie obfituje w ilość atrakcji, ale to nam akurat nie przeszkadzało. O dwóch miejscach nie można nie wspomnieć:
- Winda z 1907 wieku, która ratowała ludzi przed wchodzeniem setką schodów na wyższe piętra miasta, zbudowana przez żydowskiego filantropa Nesima Leviego Bayraklıoğlu. Znajdowała się blisko naszego mieszkania, więc skorzystaliśmy też kilka razy.
- Bazary Çuha Bedesteni i Kemeraltı, które się łączą i przenikają. Olbrzymie targowiska, które w przeciwieństwie do Wielkiego Bazaru w Istambule oferują sporo ciekawych sklepików i restauracji.
Pro tip: Poruszając się po mieście i okolicy komunikacją miejską (autobusy, metro, pociągi podmiejskie) potrzebujemy karty, która doładowujemy na stacjach. Opłata za kartę nie jest zwrotna i w naszym przypadku kosztowała około 15 zł. Przez cały pobyt w mieście używaliśmy jednej karty na naszą dwójkę (tak na początku nam sprzedali w okienku), aż do ostatniego przejazdu na lotnisko, gdzie pomimo próśb ochrona zmusiła mnie do zakupienia drugiej. Tak więc oficjalnie karty nie można współdzielić…
Ruiny w Efezie dla tych którzy nie byli w Akropolu
Oddalone od Izmiru o około 1.5 godziny pociągiem i dalsze 15 minut autobusem olbrzymie ruiny starożytnego miasta Efez były naszym głównym powodem zamieszkania w Izmirze. Mieliśmy naprawdę spore oczekiwania, stanowisko archeologiczne jest bardzo duże, samo przejście od jednego do drugiego końca zajmuje około pół godziny, a to nie wliczając zatrzymywania się przy zabytkach. Niestety już na początku lekki niedosyt, główny, Wielki Teatr cały w remoncie. A szkoda, bo wcześniej można było na niego wchodzić, z góry musiał być wspaniały widok. Później już lepiej, chyba najbardziej rozpoznawalny budynek, czyli Biblioteka Celsusa, która przypomina świątynie w Petrze, prezentowała się wspaniale. Ogólnie, całość robi wielkie wrażenie, Akropol przy Efezie jest malutki. Tylko Efez jest gorzej zadbany i mniej odrestaurowany. Widać też tureckie niedbalstwo, natknąć się można na śmieci. Psuje to mocno jego odbiór. Za cenę 40 euro możemy dowolnie chodzić po kompleksie, ale nie ma już żadnego muzeum, tylko plakietki informacyjne przy ważniejszych punktach, przez co wartość edukacyjna dużo traci. Podsumowując, nie żałujemy wizyty, jednak tak jak w przypadku Istambułu, pozostał lekki niesmak.
Pro tip: Do Efezu można bardzo łatwo dostać się komunikacją zbiorową. Na początek pociąg do miasteczka Selcuk z Dworca Basmane w Izmirze. Następnie krótki spacer w rejon dworca autobusowego i po drugiej stronie drogi zaparkowane są busiki do Efezu. Nie sposób się zgubić, Turcy chętnie wskażą drogę. Warto tylko sprawdzić godziny odjazdu pociągu, ponieważ kursuje co około 2 godziny.
W Izmirze udaliśmy się na jednego z najbardziej polecanych kebabów w mieście do Sevinç Kebap & Dürüm Salonu przy Dworcu Basmane. Był przepyszny. Kawałki kurczaka i baraniny były bardzo soczyste i zrobione w punkt. Idealne zwieńczenie długiego dnia.
Pożegnanie z Turcją
Ostatniego dnia naszego pobytu lało okropnie, a samolot do Dubaju odlatywał dopiero około 21:00. Ponieważ korzystaliśmy z Airbnb nie mogliśmy zostawić bagażu w hotelu, ale udało nam się znaleźć miejsce do przechowania go na mieście (był to sklep obuwniczy). Jako, że aura nie zachęcała do spacerów, to poszwędaliśmy się po zadaszonych częściach miasta, zjedliśmy całkiem dobrego kebaba na targu i trafiliśmy przypadkiem na festiwal kawy, gdzie napiliśmy się darmowego, czarnego napoju. Na koniec próbując dojechać na lotnisko na naszej karcie miejskiej zostaliśmy przyłapani na nielegalnym jej dzieleniu, o czy dopiero wtedy się dowiedzieliśmy. Szczęśliwie skończyło się tylko na przymusowym kupieniu drugiej karty…







































































Dodaj komentarz